30.5.22

"Pojechałam do brata na południe" – Karin Smirnoff (przekład Agata Teperek)

"Pojechałam do brata na południe" – Karin Smirnoff (przekład Agata Teperek)

"Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób" – Lew Tołstoj

Rodzina może być pełna miłości, wsparcia i akceptacji. Może być bezpiecznym schronieniem – azylem. Z rodziną mogą wiązać się dobre wspomnienia – takie, które ogrzewają serce i dają siłę w trudnych momentach.   Ale nie wszystkie rodziny budują. Niektóre niszczą – są pełne krzywdy, łez, upokorzenia, strachu i przemocy. Takie rodziny zamieniają życie w koszmar i stają się pułapką. Doskonale wie o tym janakippo, bohaterka książki Karin Smirnoff. Kobieta dorastała w dysfunkcyjnej rodzinie – z groźnym, agresywnym ojcem, bierną wobec przemocy matką i bratem bliźniakiem, który dzielił z siostrą lęk i traumatyczne przeżycia. Czy mijający czas jest w stanie wygładzić poszarpane wspomnienia i zagoić głębokie rany? Po latach janakippo wraca do rodzinnej wsi, by pomóc bratu, który opłakuje rozstanie i ma problemy z alkoholem. Ojciec już nie żyje, a matka przebywa w domu opieki. Jednak poza tym nie zmieniło się zbyt wiele. W domu nadal czają się wspomnienia naznaczone przemocą i traumą, niewyjaśnione sprawy z przeszłości oraz pytania, które wciąż domagają się odpowiedzi. Czasami przybierają postać sennych koszmarów. Są obecne w haftowanych serwetach matki, starych żółtych kaloszach i drewnianym sęku. Czasami odbijają się w zakurzonym lustrze albo w zmęczonych twarzach mieszkańców wioski. Janakippo nie może dłużej uciekać – czas zmierzyć się z przeszłością.

Wspomnienia, skomplikowana relacja z mężczyzną, sztuka, natura i tajemnicza śmierć pewnej kobiety...

"Pojechałam do brata na południe" to literacki debiut Karin Smirnoff, szwedzkiej pisarki, oraz początek trzytomowej sagi rodzinykippo. Dzieciństwo Jany i Brora nie należało do szczęśliwych. Życie w małej szwedzkiej wiosce z okrutnym, przemocowym ojcem i bierną matką odcisnęło na nich piętno. Wydarzyło się wiele złych rzeczy, których nie sposób zapomnieć. Karin Smirnoff stworzyła przejmujący rodzinny dramat, w którym tajemnice i cienie przeszłości splatają się ciasno z teraźniejszością. Uchwyciła rysy małej, zamkniętej i pogrążonej w beznadziei społeczności oraz moment podróży – tej rzeczywistej, do rodzinnego domu i tej metaforycznej – w głąb samego siebie.  "Pojechałam do brata na południe" to opowieść o rodzinnej traumie, przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej, autodestrukcji, chorobie, uzależnieniu i śmiertelności. O konfrontacji z trudnymi emocjami i wspomnieniami, tajemnicach, splątanych życiorysach, przebaczeniu i miłości. Karin Smirnoff stopniowo wprowadza czytelnika w fabularny świat, odsłania rodzinne sekrety i zmusza swoją bohaterkę do konfrontacji z przeszłością, tłumionymi uczuciami oraz prawdą o sobie i innych.

Przemoc i destrukcja, które przenikają człowieka i stają się jego częścią...

"Pojechałam do brata na południe" to mroczna, bezlitośnie szczera, psychologicznie przenikliwa i do bólu realistyczna opowieść utrzymana w typowym dla literatury skandynawskiej klimacie – surowym i powściągliwym. Jednocześnie pełna autentycznych emocji i ludzi tak realnych, jakby mieli za chwilę zmaterializować się tuż obok nas. W książce Smirnoff dużo jest naturalizmu, cielesności i śmiertelności. Za pomocą oszczędnej prozy autorka potrafi wydobyć niuanse i najsubtelniejsze odczucia, a przy tym przeróżne odcienie traumy i dramatu. Zestawia obok siebie okrucieństwo i czułość, równoważąc je odrobiną czarnego humoru, refleksją oraz szczerością. I nie oferuje przy tym żadnych eufemizmów, łatwych odpowiedzi, tanich mądrości, sentymentalnych wzruszeń ani ckliwych happy endów. Prozę Smirnoff wyróżnia nietypowa forma – niemal całkowity brak interpunkcji, wielkich liter i wyodrębnionych dialogów, co jeszcze bardziej zmusza do literackiej uważności.

"Sprzątałam lęki brata tak samo jak swoje. Przypominało to grę w tetrisa. Klocki trafiały w odpowiednie miejsca odpędzając wszelkie próby myślenia o czymś innym"

Książka Karin Smirnoff przypomina nieco "Testament" Niny Wähä (polecam!), ale jest zdecydowanie mocniejsza, bardziej szczera i mroczna. Porusza i uwiera – niełatwo otrząsnąć się po lekturze. Aż chciałoby się od razu mieć pod ręką kolejną część serii. Autorka stworzyła opowieść o kobiecie – wrażliwej, troskliwej, silnej i zdeterminowanej. O tym, co najmroczniejsze i tym, co najtrudniejsze – przebaczeniu innym i samemu sobie. O miłości i pożądaniu, tęsknocie, cierpieniu i traumie, przynależności, samodestrukcji i ranach, których nie jest w stanie zagoić mijający czas.

Doskonała lektura, fascynująca podróż i wyjątkowe czytelnicze doświadczenie. Jeżeli lubicie literaturę skandynawską oraz motyw rodziny i traumy (ale nie tylko!), gorąco polecam.








* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Tytuł oryginalny: Jeg dro ned til bror
Przekład: Agata Teperek
Wydawnictwo: Poznańskie
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Data wydania: 18 maja 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 352
Moja ocena: 5,5/6

23.5.22

"Dom z witrażem" – Żanna Słoniowska

"Dom z witrażem" – Żanna Słoniowska

W jednym z wywiadów Żanna Słoniowska, ukraińska pisarka polskiego pochodzenia, stwierdziła, że "tożsamość nie zależy od narodowości, tylko od stosunku do ziemi, na której przyszło nam żyć". Te słowa nabierają szczególnego znaczenia w kontekście "tożsamości lwowskiej", bo Lwów ze swoją skomplikowaną historią stanowi osobliwe pogranicze, w którym mieszają się elementy różnych kultur i wyznań. Owa różnorodność od wieków oznacza nie tylko inspirujące współistnienie, ale też wiele bolesnych ran. Dla "Domu z witrażem" Żanny Słoniowskiej Lwów stał się nie tylko tłem, ale wręcz jednym z bohaterów – świadkiem indywidualnych i zbiorowych historii, świadectwem upływającego czasu, wielokulturową mozaiką. Miasto przemawia m.in. poprzez sztukę i architektoniczne detale, niejako snując między wersami swoją własną opowieść. Bohaterowie książki przemierzają lwowskie ulice, odwiedzają miejsca znane i zapomniane, odkrywają przed czytelnikiem architektoniczne sekrety takie jak tytułowy witraż w jednej z kamienic. Witraż, który jest zarówno symbolem miasta i kraju zagrożonych destabilizacją i walczących o przetrwanie, jak i łącznikiem, bo krzyżuje ze sobą ścieżki bohaterów – młodej dziewczyny i dojrzałego mężczyzny, kochanka jej zmarłej matki.

"Dom z witrażem" to literacki debiut Żanny Słoniowskiej z 2015 roku. Książka została uhonorowana Nagrodą Conrada i otrzymała nominację do Literackiej Nagrody Nike. Drugie wydanie pojawia się w szczególnym momencie, a sama książka zyskuje na aktualności. Wydawnictwo Znak postanowiło przekazać dochód z jej sprzedaży na pomoc humanitarną dla Ukrainy.

Cztery kobiece życiorysy splecione z historią Ukrainy

W jednej z lwowskich secesyjnych kamienic mieszkają cztery kobiety reprezentujące cztery pokolenia – i każda z nich inaczej określa swoją tożsamość. Prababka Stanisława to niespełniona śpiewaczka operowa z Leningradu, babka Aba czuje się Polką, jej córka Marianna mówi o sobie "Ukrainka z wyboru", a najmłodsza z nich, bezimienna narratorka, dopiero szuka sposobu, by wyrazić siebie. Każda jednak jest lwowianką. Te cztery kobiety kochają się, a czasami też nienawidzą. Dochodzi między nimi do pokoleniowych i tożsamościowych napięć. Jednak ich losy wydają się nierozerwalnie splecione nie tylko poprzez więzy krwi, ale również za sprawą Lwowa i całej Ukrainy. Żanna Słoniowska wspomina o ważnych, historycznych wydarzeniach – od czasów przedwojennych, przez antykomunistyczne protesty we Lwowie pod koniec lat 80. XX wieku, aż po Majdan 2014 roku. W "Domu z witrażem" osobiste historie bohaterów toczą się na tle ukraińskiej walki o niezależność. Autorka płynnie łączy indywidualne, intymne dramaty jedostki z szerszym narodowościowym kontekstem.

"Jesteśmy jak matrioszki, jedna siedzi w brzuchu drugiej, nie do końca wiadomo która w której, wiadomo tylko, która żyje, a która nie, jesteśmy jak matrioszki przeszyte jednym strzałem na wylot..."

W powieści Słoniowskiej życiowy realizm i proza codzienności spotykają się z nutą oniryzmu. "Dom z witrażem" jest niczym podróż w przeszłość – niespieszna, przesiąknięta nostalgią i smutkiem. Momentami przypomina chaotyczny kolaż – błądzi i bywa nierówna. Ale jednocześnie zachwyca przenikliwością kobiecych portretów, piękną prozą oraz bogactwem ciekawych motywów i istotnych kwestii. Żanna Słoniowska stworzyła opowieść o skomplikowanych losach czterech kobiet na tle wielkiej historii. Opowieść o drodze do wolności i niezależności oraz budzeniu się i dojrzewaniu ukraińskiej tożsamości narodowej. O miłości, próbie pogodzenia się ze stratą, dorastaniu, niespełnionych ambicjach i pokoleniowej traumie. O ludzkich słabościach, wielkich ideałach, trudach życia i przemijaniu. Autorka nie daje czytelnikowi gotowych odpowiedzi – świat i ludzie przedstawieni w książce nie są czarno-biali. Dzięki temu "Dom z witrażem" skłania do refleksji i pozostawia sporo miejsca na własne przemyślenia.

Lubię taką prozę – bystrą, przenikliwą, empatyczną. Czasami metaforyczną i liryczną, a czasami naturalistyczną i brutalnie szczerą. Prozę, która pozwala spojrzeć na zwykłe życie i ludzi z zupełnie innej perspektywy. Żanna Słoniowska zachwyciła mnie plastycznoscią opisów, talentem i literacką świadomością. Jej książka jest jak tytułowy witraż – składa się z wielu przeróżnych "szkiełek": wycinków rzeczywistości, urwanych życiorysów, strzępków wspomnień, małych i dużych dygresji. Z tego wielobarwnego chaosu wyłania się przejmująca, niebanalna i ambitna historia miłości, sztuki, wielokulturowości, cierpienia, siły i walki.

"Dom z witrażem" wzbudził we mnie wiele emocji i skłonił do refleksji – otulił smutkiem i melancholią. Myślę, że to bardzo udany, nieoczywisty i wyróżniający się debiut – boleśnie aktualna i ważna książka. Dla mnie – ciekawe literackie doświadczenie. Serdecznie polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Znak.


Data wydania: 18 maja 2022 (drugie wydanie)
Wydawnictwo: Znak
Oprawa: twarda
Liczba stron: 272
Moja ocena: 5/6

13.4.22

"Smutek i rozkosz" - Meg Mason (przekład Mateusz Borowski)

"Smutek i rozkosz" - Meg Mason (przekład Mateusz Borowski)
"– Jak się wtedy czujesz, Martho?
– Jakbym poszła do kina w ciągu dnia, a po wyjściu zszokowało mnie to, że w międzyczasie się ściemniło. Jakbym stała nieruchomo i nagle spadła ze schodów, ale nie wiedziała, kto mnie zepchnął, bo nikogo za mną nie ma. Jakbym wchodząc do metra, zobaczyła błękitne niebo, a wyszła podczas ulewy"

Martha, bohaterka książki Meg Mason odkąd sięga pamięcią, czuje, że coś jest z nią nie w porządku. Wiele razy próbowała "wziąć się w garść", jednak mimo starań, jej życie w cieniu choroby przypomina jazdę kolejką górską – jest nieprzewidywalne oraz pełne wzlotów i upadków. Martha ma czterdzieści lat i dopiero niedawno usłyszała od lekarza prawidłową diagnozę. Właśnie odszedł od niej mąż. Czy na wszystko jest za późno? A może wręcz przeciwnie?

Czasami mówi się, że to właśnie najzabawniejsi ludzie są najsmutniejsi. I odniosłam wrażenie, że to samo można powiedzieć o książce "Smutek i rozkosz". Historia Marthy już od pierwszych stron ujmuje słodko-gorzkim klimatem – jest jednocześnie czuła, przenikliwa, mroczna i zabawna, i co najważniejsze, mówi o niezwykle trudnych i bolesnych sprawach z lekkością, ironią i humorem, nie tracąc przy tym na autentyczności. "Smutek i rozkosz" przypomina intymny pamiętnik kobiety, która balansuje na granicy zwykłego życia i destrukcyjnej choroby, przedzierając się niestrudzenie przez gąszcz radości i smutku, słodyczy i goryczy, światła i mroku – co istotne, przez wiele lat bez prawidłowej diagnozy, za to z ciężkim bagażem lęków, niepewności, błądzenia i frustracji. Historia stworzona przez Meg Mason zakorzeniona jest głęboko w londyńskich realiach, doprawiona brytyjskim humorem i cudownie współczesna w swojej lekkości i przenikliwości. Napisana w narracji pierwszoosobowej umiejętnie eksploruje kwestie dotyczące rodziny, związków, miłości, macierzyństwa, a wszystko to w kontekście choroby psychicznej oraz jej wpływu nie tylko na życie, osobowość i relacje bohaterki, ale też bliskich jej osób – rodziców, siostrę i męża. Marthę poznajemy na różnych etapach, co pozwala zyskać szerszy kontekst. Jej życie jest nieuporządkowane i chaotyczne, podobnie jak historia jej choroby – emocjonalny rollercoaster walki, akceptacji, smutku i nadziei, również w ujęciu bliskich jej osób (dryfowanie między cierpliwym wsparciem, a sfrustrowaną irytacją). Meg Mason zadbała o detale, i choć nadała całości lekką, błyskotliwą i pokrzepiającą formę, bardzo dobrze uchwyciła powagę wiodącego motywu – blaski i cienie choroby psychicznej. "Smutek i rozkosz" to przenikliwa i poruszająca powieść, którą czyta się jednym tchem i która angażuje emocjonalnie. O długiej drodze do zrozumienia siebie i swoich bliskich, podejmowaniu decyzji, czasami z niewłaściwych powodów, dążeniu do poznania odpowiedzi, wewnętrznej walce, przebaczeniu, odkupieniu i nadziei. O skomplikowanych relacjach i rozdźwięku między życiem jakiego pragniemy, a jakie prowadzimy. O prawdach i kłamstwach, poczuciu niedopasowania oraz murach, które budujemy wokół siebie.

W książce Meg Mason łzy wzruszenia, smutku i śmiechu przeplatają się ze sobą, a czasami mieszają, gdy życie odsłania wszystkie swoje barwy. To nie jest śmieszna powieść, wręcz przeciwnie – szczera, autentyczna i łamiąca serce, ale doprawiona ciepłą ironią, zabawnym komentarzem i nadzieją, która niczym promienie słońca przebijające się przez ciemne chmury pomaga przetrwać najtrudniejsze momenty. Lubię i polecam, warto.






* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Znak.


Tytuł oryginalny: Sorrow and Bliss
Przekład: Mateusz Borowski
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 13 kwietnia 2022
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 384
Moja ocena: 5/6


10.4.22

"Życie Violette" – Valérie Perrin (przekład Wojciech Gilewski)

"Życie Violette" – Valérie Perrin (przekład Wojciech Gilewski)

"Zamykam dziennik Iréne z ciężkim sercem. Tak jak zamyka się powieść, w której się człowiek zakochał. Powieść przyjaciela, z którą trudno się rozstać, bo chce się ją mieć przy sobie, pod ręką". I ja też zamknęłam książkę Valérie Perrin z mieszanką smutku, radości i tęsknoty. Koniec niezwykłej podróży. Czas pożegnania, tym razem wyjątkowo trudny. Przeczytałam ostatnie zdanie i zamknęłam oczy. I zobaczyłam – zaciemnione cmentarne alejki, skapujące do filiżanki łzy bezgranicznego szczęścia i równie bezgranicznego smutku oraz płomienie, które zamieniają wszystko w proch. I usłyszałam – śpiew cykad, stukot przejeżdżających pociągów, melodię love me tender, love me true oraz wyszeptane słowa nagrobnych epitafiów, które mają zaklinać czas. I poczułam – w nozdrzach duszny i słodki zapach białych lilii i mahoniowego drewna, na wargach kryształki soli, w płucach morską bryzę, a w ustach smak dobrze schłodzonego, różowego wina i jaśminowej herbaty z miodem. Bo "Życie Violette" to książka utkana z zapachów, smaków i obrazów. Z emocji, drżenia serca, wspomnień, pragnień i życiowych doświadczeń – tych które uskrzydlają i tych, które swoim ciężarem przygniatają do ziemi. To książka, która staje się ważna i bliska – niezapomniana. Uśmiecham się szeroko, pisząc te słowa, bo moje pierwsze wrażenia z lektury "Życia Violette" nie zapowiadały tak wielkiego zachwytu. Pogrzeby, śmierć, nagrobki i kobieta, dozorczyni cmentarza... Jest w tym coś przygnębiającego – coś, co ożywia lęki przed stratą, odejściem i wiecznością. Ale Valérie Perrin swoją przepiękną, czułą i liryczną prozą sprawiła, że historia Violette rozkwitła, "jak kwiaty, którym zmienia się wodę". Autorka bierze czytelnika delikatnie za rękę i prowadzi go z wrażliwością i empatią przez zwykłą codzienność na granicy życia i śmierci, snując jednocześnie intymną opowieść o kobiecie, która, choć doświadczyła wielkiego bólu, rozczarowań i smutku, znajduje w sobie siłę, by iść naprzód. Violette troskliwie opiekuje się małym francuskim cmentarzem – pielęgnuje kwiaty, uprawia warzywny ogródek i pociesza pogrążonych w smutku żałobników – ukojenie znajduje w codziennej ciszy i samotności, a radość – w zwykłych, małych rzeczach. Violette bez wątpienia ma bolesną przeszłość. Ale czy ma również szansę na szczęśliwą przyszłość? Historia zmarłych kochanków niespodziewanie ożywia serce kobiety...

W książce Valérie Perrin splatają się ze sobą szczęście i tragedia, przeszłość i teraźniejszość, życie i śmierć oraz miłość i zdrada. Blisko zmarłych Violette latami uczy się oswajać cierpienie, patrzeć na życie z innej perspektywy i cieszyć się małymi rzeczami. Bo choć ta  powieść dotyka trudnych i bolesnych tematów, bywa smutna, wzruszająca i  melancholijna, w gruncie rzeczy działa pokrzepiająco, przynosi nadzieję i ukojenie. Valérie Perrin wypełniła historię Violette czułością, mądrością i światłem. Jej piękna proza z łatwością dociera do serca – potrafi poruszyć do głębi, wycisnąć z oczu łzy, odebrać oddech i wprawić w zadumę. Oferuje też czytelnikowi całą gamę refleksji i własnych, osobistych interpretacji.

"Mówić o Tobie to przedłużać Twe istnienie; niczego nie powiedzieć znaczyłoby o Tobie zapomnieć"

"Życie Violette" to opowieść o silnych więzach łączących żywych i umarłych, poszukiwaniu prawdy, próbie pogodzenia się z przeszłością i nowych początkach. O kruchości ludzkiego istnienia, radości z małych rzeczy i nieustającej nadziei w sercu. O odwadze, wytrwałości, oswajaniu samotności, bólu i... życia, które potrafi niespodziewanie dawać i odbierać. Subtelna a intensywna, smutna a pokrzepiająca, oryginalna a tak bardzo autentyczna i pełna przeróżnych odcieni ludzkiego życia. Zostanie ze mną na długo. Gorąco polecam.








* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Albatros.



Tytuł oryginalny: Changer l'eau des fleurs
Przekład: Wojciech Gilewski
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 23 marca 2022
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 480
Moja ocena: 6/6

17.3.22

"Najbardziej niebieskie oko" - Toni Morrison (przekład Kaja Gucio)

"Najbardziej niebieskie oko" - Toni Morrison (przekład Kaja Gucio)

Jedenastoletnia czarnoskóra Pecola Breedlove marzy o niebieskich oczach – wierzy, że poczułaby się wówczas piękna, szczęśliwa i akceptowana. Tymczasem wyśmiewana przez inne dzieci oraz pozbawiona rodzinnej miłości i troski, rozpada się każdego dnia w obliczu przeciwności i wewnętrznych konfliktów.

Istnieją książki, które zamiast literackiej porcji szczęścia i nadziei przynoszą ze sobą dreszcz dyskomfortu, bezsilności i rozczarowania – światem, ludźmi i samym sobą. Książki, które odsłaniają brutalną prawdę i zmuszają do konfrontacji z tym, co ignorowane, spychane na margines, bolesne i niewygodne. Oburzają, wywołują gniew, poruszają do głębi, sprawiają, że grunt usuwa się spod nóg, odsłaniając ziejącą przepaść. I jedną z takich książek jest "Najbardziej niebieskie oko" Toni Morrison, pierwszej czarnoskórej laureatki literackiej Nagrody Nobla. Ten debiut, choć wydany w 1970 roku, wciąż wzbudza wiele emocji, m.in. z uwagi na odważne i brutalnie szczere przedstawienie kwestii dotyczących rasizmu, przemocy seksualnej i kazirodztwa. Zresztą warto w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednym ważnym fakcie – powieść nie tylko została napisana przez czarnoskórą kobietę, ale też koncentruje się wokół historii czarnoskórej dziewczynki. I choć dziś taka informacja nie wydaje się niczym zaskakującym, pięćdziesiąt lat temu, gdy książka została wydana, sprawy wyglądały zupełnie inaczej.

Akcja powieści rozgrywa się w latach 40. XX wieku w Lorain w amerykańskim stanie Ohio – miejscu urodzenia Toni Morrison. Historia marzącej o niebieskich oczach Pecoli została przedstawiona m.in. z perspektywy dwóch koleżanek dziewczynki, czarnoskórych sióstr, Claudii i Friedy MacTeer, które w przeciwieństwie do głównej bohaterki odrzucają kody kulturowe białego świata i które mogą liczyć na wsparcie rodziny. Struktura książki, fragmentaryczna i nielinearna, dobrze uwidacznia postępujące rozbicie świata Pecoli i zmusza czytelnika do trudnego wewnętrznego dialogu z samym sobą.

Toni Morrison stworzyła skomplikowane i wielowymiarowe portrety. I uwzględniła w tej historii kilka ciekawych perspektyw. Są kobiety, mężczyźni i dzieci, biali i czarni, w różnym wieku i należący do różnych klas społecznych. Morrison doskonale zagłębia się w ich codzienne problemy, dylematy i pragnienia. Oddaje ich głęboką frustrację i udrękę, rzuca światło na dzieciństwo naznaczone miłością i nienawiścią oraz nadzieją i rozczarowaniem. "Najbardziej niebieskie oko" to wnikliwa analiza napięć amerykańskiego społeczeństwa i poruszające studium upadku – książka otwiera oczy i pomaga dostrzec najtrudniejsze aspekty życia. Zresztą to właśnie patrzenie odgrywa w powieści istotną rolę – w ludzkich oczach odbija się lęk, rezygnacja, wstyd, niechęć, dezaprobata, pogarda i odrzucenie. Mieszkańcy Lorain odwracają wzrok od cudzej biedy, przemocy, alkoholizmu i brzydoty, jednocześnie ignorując własne słabości i obawiając się prawdy. Dla Pecoli niebieskie oczy są symbolem piękna, szacunku i wolności – niedoścignionym ideałem – oraz drogą do akceptacji i szansą na społeczne dopasowanie. Dziewczynka wierzy, że jest brzydka, ponieważ to społeczność utwierdziła ją w tym przekonaniu. "Najbardziej niebieskie oko" to gorzka i smutna refleksja nie tylko na temat rasizmu, ale również konsekwencji pogardy i odrzucenia, szczególnie dramatycznych i niszczących w sytuacji, gdy jednostka wierzy w ich słuszność i zasadność i gdy pozostaje opuszczona w swojej osobistej tragedii. Niezwykle trudno czytać o losach Pecoli – widzieć jej milczącą bezradność, upokorzenie, utratę poczucia własnej wartości i cichy dramat rozgrywający się wśród ludzi odwracających wzrok lub jawnie okazujących pogardę. Toni Morrison nie idzie na skróty – pokazuje, że czarnoskóra społeczność Lorain nie jest jednolita. Autorka bardzo dobrze odmalowuje jej niuanse i podziały. Dramat Pecoli porusza do głębi, ponieważ dziewczynka zostaje odrzucona nie tylko przez własną rodzinę, ale również przez czarnoskórą społeczność. I tym samym "nie należy ani do świata białych ani do świata czarnych". Choć niczym nie zawiniła – doświadcza całkowitej marginalizacji. W postaci bezbronnej czarnoskórej dziewczynki zbiegają się szkodliwe skutki uprzedzeń zakorzenionych w rasizmie i seksizmie. Książka Toni Morrison umiejętnie przenosi ciężar z osobistego dramatu Pecoli na udział społeczności – ukazuje, jak ci, którzy powinni ją wspierać, zepchnęli ją w przepaść i mrok.

"Najbardziej niebieskie oko" to powieść pełna bólu, rozdzierająca serce, brutalnie szczera i bezkompromisowa, a jednocześnie napisana z czułością – bo talent pisarski Morrison łagodzi nieco formę, ale nie przekaz. Autorka stworzyła opowieść o przemocy rasowej, seksualnej, fizycznej i emocjonalnej. O rasizmie, seksizmie, mizoginii, nierównościach społecznych i ekonomicznych. O zmaganiach dziewcząt, które nie są w stanie wpasować się w narzucony standard urody – o niszczącej presji w obliczu nierealistycznych kanonów. O konformizmie, systemowym ucisku, dylematach tożsamościowych i rasowej nienawiści do samego siebie. O dyskryminacji, która niszczy od najwcześniejszych lat. I o prawdziwym życiu, które bywa bolesne, przykre i rozczarowujące.

Zakończenie powieści zatrzymuje czas – czytelnik zastyga obezwładniony mieszanką żalu, wstydu, przerażenia, smutku i gniewu. To moment szczerej refleksji. Jak żyć, marząc o byciu kimś innym? Czym w ogóle jest piękno? Jak wzrastać w świecie, który przekonuje, że nie jesteś wart miłości, szacunku i akceptacji? Czy bierność nie stanowi tak naprawdę milczącego współudziału? Zresztą podobnych pytań nasuwa się znacznie więcej.

"Cóż więcej można o tym powiedzieć – może tylko d l a c z e g o. D l a c z e g o jednak trudno udźwignąć, pozostaje zatem szukać otuchy w tym j a k"

"Najbardziej niebieskie oko" to kawałek wielkiej literatury. Takiej, która stawia trudne pytania, sprzyja krytycznej ocenie i refleksji, nie przynosi łatwych odpowiedzi – obnaża wady i słabości, pozwala utożsamiać się z doświadczeniami bohaterów, albo wręcz przeciwnie – zmusza do opuszczenia strefy komfortu i uczy empatii. Mimo upływu lat ten literacki debiut nadal zwraca uwagę przenikliwością, uniwersalnością i aktualnością. Zachwyciła mnie proza Toni Morrison – przejmująca i realistyczna. Można powiedzieć, że ta książka stanowi niejako literacki głos osób, których prawdziwy głos nadal nie jest słyszany. Trudna, bolesna, ale niezwykle ważna książka. Polecam.








* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Tytuł oryginalny: The Bluest Eye
Przekład: Kaja Gucio
Wydawnictwo: Poznańskie
Data wydania: 9 marca 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 256
Moja ocena: 5,5/6

15.3.22

"Tam, gdzie las spotyka się z niebem" - Glendy Vanderah (przekład Dorota Stadnik) /przedpremierowo/

"Tam, gdzie las spotyka się z niebem" - Glendy Vanderah (przekład Dorota Stadnik) /przedpremierowo/
"Nie mam domu na Ziemi. Przybyłam stamtąd. – Wskazała niebo.
– Skąd?
– Z gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy. A konkretnie z Galaktyki Wiatraczek.
– Skoro jesteś kosmitką, to czemu wygladasz jak człowiek?
– Ja tylko korzystam z ciała tej dziewczynki. Ona nie żyła, kiedy wzięłam sobie jej ciało"

Pewnego wieczoru przed leśną chatą Joanny, dwudziestosześcioletniej ornitolożki, pojawia się dziewięcioletnia dziewczynka. Ursa twierdzi, że przybyła z gwiazd, by ujrzeć na Ziemi pięć cudów.  Joanna, która walczy z rakiem piersi i która niedawno straciła matkę, nie wierzy w cuda. Pozwala jednak zostać dziewczynce do czasu, aż nie dowie się, kim naprawdę jest. W opiece pomaga jej Gabriel, sąsiad odludek czytający Szekspira. Wkrótce między trójką obcych sobie osób zawiązuje się specyficzna więź. Kim jest Ursula? Jakie tajemnice skrywa? I dlaczego w jej obecności Joannie i Gabrielowi przytrafiają się dobre rzeczy?

Literacki debiut Glendy Vanderah intryguje już od pierwszych stron – tajemnicą i nietypowym suspensem. Dziewięcioletnia Ursa twierdzi, że przybyła z gwiazd i pożyczyła sobie ciało zmarłej dziewczynki. Science-fiction? A może jednak obyczajowy dramat doprawiony nutą romansu? Tego akurat wam nie zdradzę, bo zagadkowe pochodzenie Ursy to jeden z elementów napędzających fabułę – ciekawość podszyta niepewnością zmuszają czytelnika do kompulsywnego przewracania stron. Jednak warto wspomnieć, że książka Glendy Vanderah to nie tylko niesztampowa opowieść o "małej kosmitce", ale również pełna emocji historia, w której krzyżują się ze sobą niespodziewanie życiowe ścieżki dwojga nieznajomych – kobiety i mężczyzny dźwigających bagaż trudnych doświadczeń i skrywających w sercu bolesne rany. Joanna, choć silna wewnętrznie, cierpi z powodu utraty matki. Choroba nowotworowa odebrała jej poczucie bezpieczeństwa, wiarę i nadzieję. Z kolei Gabriel, pozbawiony rodzinnego wsparcia, mierzy się z depresją i społecznym lękiem – żyje z dnia na dzień bez widoków na lepszy czas. Obecność tajemniczej dziewczynki działa uzdrawiająco zarówno na Joannę, jak i na Gabriela - Ursa uczy ich zaufania, miłości i nadziei oraz przypomina, że małe i duże cuda zdarzają się każdego dnia – są tuż na wyciągnięcie ręki. "Tam, gdzie las spotyka się z niebem" to powieść pełna ciepła – pokrzepia i przynosi nadzieję. Daleko jej jednak do lekkiej i cukierkowej historii – znajdziemy w niej również elementy psychologiczno-obyczajowego dramatu. Glendy Vanderah porusza kwestie dotyczące m.in. choroby, żałoby, śmierci, samotności, depresji, przemocy i traumy. Opowiada o znaczeniu rodzinnego wsparcia, przyjaźni i miłości,  m.in. w kontekście depresji (mobilizują i pomagają mierzyć się z chorobą – chorobą, która zwykle nie jest sprintem, lecz maratonem pełnym lepszych i gorszych momentów – choć Vanderah nie zagłębia się w niuanse i można jej zarzucić zbytnie uproszczenie, ten przekaz szczególnie doceniam). I z czułością pokazuje, jak delikatnie tworzą się między ludźmi więzi, na zawsze zmieniając ich życie. Historia bystrej i wrażliwej dziewczynki poruszyła mnie zaskakująco mocno. Ursa to bohaterka, która z łatwością zyskuje sympatię czytelnika. Zresztą podobnie jak nietypowy trójkąt stworzony przez autorkę – trzy różne osobowości i trzy zranione serca. Całość wspaniale dopełniają motywy przyrodnicze i ornitologiczne oraz wyjątkowa sceneria – Shawnee National Forest w amerykańskim stanie Illinois.

"Czasem zdarza się coś złego, żeby zdarzyło się coś dobrego"

"Tam, gdzie las spotyka się z niebem" to poruszająca powieść, którą czyta się jednym tchem – historia pełna autentycznych uczuć i bliskich nam tematów. O miłości, dobru, przebaczeniu, nowych początkach i pokonywaniu trudności. Napisana z lekkością, ale jednocześnie skłaniająca do refleksji – pozostawiła w moim sercu ciepło. Udany literacki debiut i książka, którą z przyjemnością polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Muza.



Tytuł oryginalny: Where The Forest Meets The Stars
Przekład: Dorota Stadnik
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 23 marca 2022
Oprawa: miękka
Liczba stron: 352
Moja ocena: 5/6

10.3.22

"Papierowy pałac" - Miranda Cowley Heller (przekład Katarzyna Makaruk)

"Papierowy pałac" - Miranda Cowley Heller (przekład Katarzyna Makaruk)
Jak lepkie, upalne powietrze w płucach. Jak słodki smak dojrzałych owoców na języku. Jak odbierający dech skok w lodowatą toń. Jak ciepłe promienie słońca na skórze. Jak przyspieszone bicie serca w nieprzeniknionej ciemności.

Głęboka. Mocna. Wielowymiarowa. Wprawiająca serce w drgania. Czasami mroczna, czasami pokrzepiająca. Historia, którą obraca się w myślach jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony – analizuje, odtwarza i przeżywa ponownie.


Jest piękny lipcowy poranek. Elle, pięćdziesięcioletnia żona i matka trójki dzieci, budzi się w "Papierowym Pałacu" – rodzinnym letnisku na półwyspie Cape Cod – miejscu, które regularnie odwiedza od najwcześniejszych lat i które zna jej największe sekrety. Ale ten poranek różni się od pozostałych. Ostatniej nocy Elle i jej wieloletni przyjaciel Jonas, spowici letnim mrokiem, po raz pierwszy uprawiali ze sobą seks. Wydaje się, że nic już nie będzie takie, jak dawniej. W sercu Elle budzą się skrywane latami uczucia – miłość, pożądanie i namiętność, a także obrazy z przeszłości i bolesny sekret, który rozdzielił ją niegdyś z Jonasem. 

"Ten dom zna wszystkie moje tajemnice. Ma mnie w swoich kościach"

"Papierowy pałac", debiut Mirandy Cowley Heller, to poruszająca powieść z pogranicza literatury obyczajowej i pięknej, co dla mnie stanowiło miłe zaskoczenie. Historia, na pierwszy rzut oka odsłaniająca kulisy miłosnego trójkąta, okazuje się w rzeczywistości przejmującym rodzinnym dramatem i złożonym portretem kobiety rozdartej między bezpiecznym, poukładanym życiem a głęboko skrywanymi pragnieniami i niespełnionymi uczuciami. Miranda Cowley Heller wykorzystuje różne linie czasowe i za pomocą retrospekcji rzuca światło na życiową drogę Elle – drogę, która doprowadziła ją do punktu zwrotnego. Poprzez piękną prozę i ekscytującą narrację autorka stopniowo odkrywa zakamarki kobiecego serca – zagłębia się w świat wewnętrzny bohaterki i krok po kroku obnaża jej rozterki, trudne wybory, decyzje i związane z nimi konsekwencje. "Papierowy pałac" utkany jest misternie z miłości, przyjaźni, namiętności, rodzinnych więzi i relacji, sekretów i pragnień. Na kartach książki splatają się ze sobą szczęście i cierpienie, rozstania i powroty, światło i mrok. Miranda Cowley Heller porusza wiele ważnych i często też bolesnych kwestii dotyczących m.in. przemocy seksualnej, rozpadu rodziny, utraty zaufania, choroby, śmierci, poczucia winy, zdrady, wstydu i traumy. 


Czym jest prawdziwa miłość? Czy warto podążać za głosem serca? Czy zakończenie wieloletniego związku to przejaw egoizmu, a może wręcz przeciwnie – słuszna walka o własne szczęście? Czy zawsze można zacząć od nowa?

"Papierowy pałac" to pięknie skonstruowana, niebanalna i nieodkładalna powieść po brzegi wypełniona autentycznymi emocjami. Zachwyciła mnie złożonością ludzkich portretów, mieszanką ciepła i mroku, oprawą literacką (opisami natury i barwną scenerią Cape Code) oraz psychologiczną głębią. Miranda Cowley Heller podarowała nam opowieść o pierwszej miłości głęboko zakorzenionej w tragedii z przeszłości. O gotowości do podjęcia ryzyka i rozdarciu między stabilnym życiem rodzinnym a pragnieniem podążania za głosem serca. O utraconych szansach oraz wielkich i małych chwilach, które mogą na zawsze zmienić bieg naszego życia. O tym jak bardzo złożone potrafią być ludzkie uczucia oraz jak wybory jednej osoby wpływają na życie innych. Książka, która zmusiła mnie do kompulsywnego przewracania stron. Co zrobi Elle i kogo wybierze? Musicie przekonać się sami. Polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Czwarta Strona.



Tytuł oryginalny: The Paper Palace
Przekład: Katarzyna Makaruk
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 23 lutego 2022
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 400
Moja ocena: 5,5/6



18.2.22

"Biała elegia" - Han Kang (przekład Justyna Najbar-Miller)

"Biała elegia" - Han Kang (przekład Justyna Najbar-Miller)

Białe były wirujące płatki śniegu. Biała była mgła otulająca miasto. Białe były kostki cukru na spodeczku białej filiżanki. Biały był spływający po świecy wosk. Biała była kartka papieru zanim zapełniły ją słowa. Biała była twarzyczka nowonarodzonej dziewczynki. Biały był kaftan, w który zawinięto jej małe ciało - kaftan, który stał się jej całunem. I biały kolor ma żałobna elegia Han Kang, koreańskiej pisarki - książka balansująca na granicy światła i mroku, niemal wyszeptana, przesiąknięta śmiertelnością.

Miasto zbudowane na ruinach inspiracją dla podróży w głąb własnego serca

"Biała elegia" to głęboko osobiste i intymne studium emocji, pamięci i straty - seria krótkich refleksji, dla których wspólnym mianownikiem są nie tylko różne odcienie bieli, ale przede wszystkim jedno bolesne, rodzinne doświadczenie z przeszłości. Przemierzając zaśnieżone i skąpane we mgle ulice, bohaterka powraca myślami do starszej siostry, która zmarła dwie godziny po narodzeniu - jej milczącej nieobecności i życiu otrzymanym dzięki śmierci. "Biała elegia" płynnie porusza się między "ja" i "ona", a w pewnym momencie zaciera granice i łączy perspektywy. Han Kang dryfuje w przeszłości i teraźniejszości - subtelnie eksploruje zakamarki pamięci i z okrytych mgłą wspomnień wydobywa skrawki dawnych uczuć, pragnień i lęków. Czy można zamienić jedno życie na drugie? Czy istnieją wspomnienia nienaruszone przez mijający czas? Czy pamięć przywraca życie zmarłym?

Ta utkana z wrażliwością książka, choć na pierwszy rzut oka niepozorna, skrywa w sobie wielką moc - słowa trafiają prosto do serca i poruszają najczulsze struny - otulają melancholią, ulotnością, przejmującym smutkiem i nieśmiałą nadzieją. Han Kang stworzyła opowieść o ludzkiej egzystencji, znaczeniu żałoby w kontekście indywidualnym i społecznym oraz o wszystkim tym, co pomiędzy - życiem i śmiercią, starym i nowym, pamięcią i zapomnieniem. O różnych odcieniach smutku, głęboko zakorzenionym, dziedziczonym żalu, pustce i poczuciu winy oraz próbie ukojenia bólu po stracie, która, choć nie była udziałem autorki, odcisnęła na niej swoje piętno.

"Wzięła w nawias rozstania i żałoby. Wydawało jej się, że nigdy więcej się nie roztrzaska, jeśli uwierzy, że nigdy dotąd nie została złamana"

"Biała elegia" wymyka się z tradycyjnych gatunkowych ram i zaskakuje nietypową narracją - liryczną, niejednoznaczną i fragmentaryczną. To dobra propozycja dla czytelników, którzy cenią piękną i refleksyjną prozę ponad konwencjonalną fabułę. Książka Han Kang, jeżeli trafi w naszą wrażliwość, może okazać się satysfakcjonującą lekturą. I tak właśnie było w moim przypadku. Przemówiły do mnie intymność, melancholia i liryzm otulone bielą. Książka Kang sprawiła, że na czas lektury zatrzymały się dla mnie wskazówki zegara, a jednocześnie niespokojnie drgnęły umysł i serce. I aż szkoda, że tak krótko... 140 stron - ledwie oka mgnienie.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem W.A.B.


Tytuł oryginalny: 흰
Przekład: Justyna Najbar-Miller
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 26 stycznia 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 144
Moja ocena: 5/6

15.2.22

"Nowe początki" - Aleksandra Rak /patronat medialny/

"Nowe początki" - Aleksandra Rak /patronat medialny/

Motyw rodziny w literaturze pięknej i obyczajowej należy do moich ulubionych - i nie tylko moich :) Kwestie tożsamości, pamięci, rodzinnych relacji i ich wpływu na nasze życie niezmiennie cieszą się dużym zainteresowaniem wśród autorów i czytelników. I nic dziwnego, w końcu to jeden z ważniejszych aspektów naszej codzienności. Rodzina jest również wiodącym motywem powieści Aleksandry Rak. W środę, 23 lutego, na księgarskie półki trafi trzecia część serii "Pensjonat na wzgórzu" - serii, która zajmuje w moim czytelniczym sercu szczególne miejsce. Pokochałam historię trzech sióstr, których życiowe ścieżki po wielu latach nieoczekiwanie skrzyżowały się ponownie - w bieszczadzkim domu pełnym słodko-gorzkich wspomnień. "Nowe początki" to kolejne spotkanie z Patrycją, Martyną i Klaudią - tym razem jeszcze bardziej wzruszające i pełne emocji. Trzecia część serii najmocniej przemówiła do mojego serca i zyskała miano ulubionej. To właśnie w niej dochodzi do przełomowych momentów - pożegnania przeszłości i powitania przyszłości - nowego początku.

W pensjonacie na wzgórzu znów wiele się dzieje. Martyna poznaje Bartosza. Początkowo ta znajomość jest pełna napięć, jednak nieoczekiwanie mężczyzna staje się dla niej wsparciem. Patrycja zaczyna rozumieć, że całe życie była podporządkowana matce. Postanawia to zmienić. Klaudia wyjeżdża do Krakowa, aby odszukać Marka i dowiedzieć się, dlaczego wyjechał bez słowa. Tymczasem do Polski z Irlandii przylatuje matka Patrycji i Martyny. Młodsza z sióstr ma do niej wielki żal - kobieta przed laty zostawiła ją i wyjechała za granicę. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej zbudowanej z tajemnic, nieprzepracowanych traum, pielęgnowanych latami urazów i skomplikowanych uczuć. Czy siostrom uda się odnaleźć prawdziwą miłość i spokój? Czy wydarzy się coś, co ostatecznie zażegna wszystkie konflikty i scali rodzinę?

Z dużą niecierpliwością czekałam na kontynuację losów Patrycji, Martyny i Klaudii. "Pensjonat na wzgórzu" to seria, która z łatwością angażuje emocjonalnie - bohaterki niepostrzeżenie stają się czytelnikowi bliskie, podobnie zresztą jak ich zmagania. Aleksandra Rak potrafi pięknie pisać o uczuciach, międzyludzkich relacjach, zwykłej codzienności oraz życiu - nieprzewidywalnym, kruchym, pełnym dobrych i złych momentów. Cenię książki autorki za realizm i słodko-gorzki charakter. Zamiast obyczajowego lukru możemy w nich znaleźć przeróżne odcienie życia i autentyczne emocje. "Nowe początki" mają w sobie urok poprzednich części serii, a dodatkowo przynoszą ze sobą jeszcze większą porcję wzruszeń i refleksji. Aleksandra Rak ponownie zabiera nas w Bieszczady i kontynuuje historię sióstr. Każda z nich znalazła się w ważnym życiowym momencie, każda musi zmierzyć się z przeszłością i własnymi uczuciami. W trzeciej części sporo się dzieje, również w siostrzanych i damsko-męskich relacjach. "Nowe początki" wydają się bardziej dynamiczne, ale jednocześnie nie tracą swojego refleksyjnego charakteru - pod pozorną literacką lekkością kryje się wiele ważnych treści.  Aleksandra Rak z wrażliwością porusza kwestie dotyczące rodziny, przeszłości, samotności, traumy, macierzyństwa oraz straty. Pisze o miłości, przyjaźni, przebaczeniu i długiej drodze do szczęścia. "Nowe początki" zachwyciły mnie dojrzałością i przenikliwością spojrzenia na międzyludzkie relacje i wewnętrzne przeżycia. To poruszająca opowieść o sile siostrzanych więzi, znaczeniu rodziny, kruchości życia oraz o miłości, która potrafi podtrzymać nas, gdy upadamy pod ciężarem małych i dużych dramatów. O bolesnej prawdzie, która cenniejsza jest niż najpiękniejsze kłamstwo. O nadziei - bo na zmiany nigdy nie jest za późno. "Nowe początki" wspaniale pokazują, że  dobrze jest mieć przy sobie bliskich, że warto walczyć o marzenia, pokonać lęk i otworzyć się na nowe.

"Jesteśmy jak patchworkowy kocyk, który tworzą niepasujące do siebie elementy. Ale zszyte jedną mocną nicią budują piękną całość. Trwałą, wyjątkową i silną"

Powieść Aleksandry Rak zachwyca dynamiczną fabułą, autentycznymi emocjami, słodko-gorzkim klimatem i ważnym, życiowym przekazem. Autorka stworzyła trzy kobiece portrety - bieszczadzkie siostry, które z pozoru dzieli wiele, ale w rzeczywistości łączy jeszcze więcej. "Pensjonat na wzgórzu" to opowieść o kobietach takich jak my - szukających szczęścia i miłości. Trzecia część złamała mi serce, ale przykleiła też na nie plaster - wzruszyła i otuliła nadzieją. Poczułam, że tym razem Patrycja, Martyna i Klaudia naprawdę zajrzały w głąb swoich serc i odnalazły kierunek. Pięknie napisana książka - tak wiele emocji i refleksji ❤ Przeczytałam jednym tchem i gorąco polecam - całą serię. Warto.


Recenzja pierwszej części ("Niełatwe powroty") Link

Recenzja drugiej części ("Czas wyborów") Link

Wywiad z autorką Link





Za możliwość objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Dragon.

* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Dragon.


Data wydania: 23 lutego 2022
Wydawnictwo: Dragon
Seria: Pensjonat na wzgórzu (część trzecia)
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320

15.2.22

"Ogród" - Hiroko Oyamada (przekład Anna Wołcyrz)

"Ogród" - Hiroko Oyamada (przekład Anna Wołcyrz)
"Ogród" Hiroko Oyamady, japońskiej pisarki, to zbiór piętnastu opowiadań - niepokojących, dusznych, balansujących na granicy jawy i snu. Pierwsze skrzypce odgrywa w nich natura. 


Subtelna, plastyczna i podszyta niepokojem proza Oyamady absolutnie mnie oczarowała. Czasami jednak towarzyszyło mi poczucie niedosytu - czułam (być może z powodu braku puenty lub niewystarczającej znajomości kontekstu kulturowego), że pod względem metafory, symboliki i przekazu umyka mi coś ważnego. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich opowiadań zebranych w antologii - niektóre wydają się łatwiejsze w odbiorze, inne wręcz przeciwnie - bardziej wymagające. Wszystkie jednak wyróżnia udane połączenie świata natury i świata człowieka. Hiroko Oyamada potrafi zbudować literacką rzeczywistość z detali. "Ogród" to zapach wilgotnej gleby, kwitnące pajęcze lilie i włochate pszczoły. To barwy, zapachy i smaki zamknięte w literach, wyrazach i zdaniach. Natura w książce Oyamady nie tylko towarzyszy człowiekowi, ale wręcz ingeruje w jego życie - jest elementem kultury i tradycji, lekiem, zwiastunem szczęścia lub złym omenem, a często też projekcją głęboko skrywanych odczuć i emocji. Na tle pulsującej i żywej przyrody autorka snuje opowieść o absurdach codziennego życia, labiryncie presji, zobowiązań i norm społecznych, małżeństwie, rodzicielstwie, samotności, młodości i starości. O poczuciu wyobcowania, przemijaniu, tłumionych uczuciach i goryczy rozczarowań. Każde opowiadanie ma w sobie coś niepokojącego i cierpkiego, czasami surrealistycznego i onirycznego - jakiś rodzaj lepkiej mgły otulającej zdania. Wydaje się jakby Oyamada subtelnie zrywała maski - obnażała ludzkie zachowania, lęki, nieporadność i przyzwyczajenia. Bo "Ogród" to również słodko-gorzkie spojrzenie na współczesny świat i międzyludzkie relacje. 


"Wbiegałem na wzgórze, gdy tylko nadarzyła się okazja, i spoglądałem w dół na ogród, na przerzedzające się fale ludzi i zwierzęta wielkości zabawek. Oddychałem głęboko. A więc wróciłem. Nie, może nigdy nie opuściłem tego ogrodu, może cały czas biegałem w kółko między klatkami. Byłem małym chłopcem i szukałem rzadkiego okazu małpy w czarno-białe łaty, z długim ogonem, zadartym nosem i okrągłymi jak spodki oczami"

Dla mnie ciekawe literackie doświadczenie. I powiew świeżości, bo takiej prozy wciąż nie zdarza mi się czytać zbyt często. Polecam.





Tytuł oryginalny: 庭
Przekład: Anna Wołcyrz
Wydawnictwo: Tajfuny
Data wydania: 5 maja 2021
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 232
Moja ocena: 4,5/6

10.2.22

"Siostrzane Dzwony" - Lars Mytting (przekład Karolina Drozdowska) /przedpremierowo/

"Siostrzane Dzwony" - Lars Mytting (przekład Karolina Drozdowska) /przedpremierowo/
Dawno, dawno temu, w małej norweskiej wiosce Butangen otoczonej skalistymi pagórkami, gęstymi lasami i głębokimi wodami jeziora Løsnesvatnet przyszły na świat Halfrid i Gunhild Hekne - bliźniaczki zrośnięte od bioder w dół. Dziewczynki wyróżniały się nie tylko wyglądem, ale też wyjątkowym talentem. Tkane przez nie gobeliny zapierały dech w piersi - były piękne, zagadkowe i kryły w sobie tajemną wiedzę. Gdy ziemska wędrówka bliźniaczek dobiegła końca, ich pogrążony w żałobie ojciec nakazał odlać dwa kościelne dzwony - otrzymały miano Siostrzanych Dzwonów. Ich silny ton wybrzmiewał echem między skałami, docierał w głąb ludzkich serc. Dzwony ostrzegały przed niebezpieczeństwem, witały nowonarodzonych, żegnały zmarłych, przynosiły nadzieję i pociechę. Wisiały bezpiecznie na kościelnej wieży aż do roku 1880. Roku, który przyniósł wielkie zmiany - dla Siostrzanych Dzwonów, kościoła, mieszkańców Butangen i pewnej młodej dziewczyny z rodu Hekne.


Lars Mytting, podobnie jak bliźniaczki, utkał wyjątkowy gobelin, ale zamiast nici wykorzystał słowa. "Siostrzane Dzwony" to przepięknie napisana opowieść, w której ciasno splatają się ze sobą miłość, natura, wiara, sztuka i przeznaczenie. Autor podarował nam owianą skandynawskim chłodem historię, w której nordyckie wierzenia i religia chrześcijańska, tradycja i nowoczesność oraz poczucie obowiązku i pragnienie wolności ścierają się ze sobą nie tylko w duchowej przestrzeni słupowego kościoła, ale też w sercach mieszkańców wioski. Akcja powieści rozgrywa się w momencie, gdy do Butangen wkracza powiew zmian. Nie wszyscy chcą je zaakceptować, ale nikt nie jest w stanie ich zatrzymać. 

W "Siostrzanych Dzwonach" krzyżują się ze sobą ścieżki młodego i zdeterminowanego pastora, silnej i odważnej dziewczyny z rodu Hekne oraz utalentowanego drezdeńskiego architekta, dając początek poruszającej historii rozgrywającej się w cieniu słupowego kościoła i przy dźwiękach mitycznych Siostrzanych Dzwonów. Powieść zwraca uwagę piękną prozą - bogatą w symbolikę, a jednocześnie silnie osadzoną w prawdziwym życiu - ludzkich dramatach i chwilach szczęścia, ciężkiej pracy w rytmie pór roku, pokoleniowym dziedzictwie, biedzie, przesądach i tradycji. Lars Mytting, budując opowieść wokół kościoła słupowego i legendy Siostrzanych Dzwonów, rzuca światło na okres christianizacji Norwegii. Z literacką czułością opowiada o architekturze, sztuce i naturze, łącząc je z losami bohaterów książki. Jest w tych opisach coś wyjątkowego - autor ma niezwykły gawędziarski talent. Doskonale odmalowuje nie tylko dziewiętnastowieczną codzienność mieszkańców małej wioski, ale też z przenikliwością zagląda do ich serc - serc pełnych wiary, dumy, siły, a czasami trwogi, złości i zazdrości. Książkę wyróżnia głębokie zrozumienie, wiedza i trafność spostrzeżeń w połączeniu z literacką wyobraźnią i pisarskim kunsztem autora.
 

Książka Larsa Mytting to literatura, w której można się rozsmakować - zachwycić wyjątkowym nordyckim klimatem, pięknym stylem pisania oraz sugestywnymi opisami (można niemal poczuć zapach drewna i usłyszeć bicie dzwonów). Co ciekawe, choć książka ma w sobie liryczny spokój, jednocześnie trzyma w napięciu - znajdziemy w niej suspens, nieoczekiwane zwroty akcji i wiele skomplikowanych ludzkich ścieżek naznaczonych miłością, stratą, trudnymi wyborami, pragnieniami, pasją, udręczeniem i rozpaczą - aż do momentu, gdy opowieść zatoczy koło. 

"Siostrzane Dzwony" Larsa Myttinga to literacka perła dopracowana językowo (polski przekład - Karolina Drozdowska) i wizualnie (projekt okładki - Eliza Luty) - urzekająca podróż i udany początek trylogii. Będę z niecierpliwością czekać na kolejne części. Gorąco polecam, szczególnie miłośnikom literatury pięknej i skandynawskiej.






* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Otwarte.


Tytuł oryginalny: Søsterklokkene
Przekład: Karolina Drozdowska
Wydawnictwo: Orwarte
Data wydania: 23 lutego 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 480
Moja ocena: 6/6


Copyright © w ogrodzie liter , Blogger