Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura europejska środkowo-wschodnia i Bałkany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura europejska środkowo-wschodnia i Bałkany. Pokaż wszystkie posty

14.10.24

"Szklany ogród" – Tatiana Țîbuleac (przekład Kazimierz Jurczak)

"Szklany ogród" – Tatiana Țîbuleac (przekład Kazimierz Jurczak)
"Nikt mnie nie kocha, ale zawsze może być gorzej"


Jak wiele smutku i bólu można zamknąć w słowach? Tatiana Țîbuleac jest wspaniała w portretowaniu ludzi nieszczęśliwych, w rozumieniu ich rozpaczy, osamotnienia, egzystencjalnego dramatu. Boli porzucenie i pobyt w sierocińcu. Boli brak miłości i bieda. Boli gdy dzieci na podwórku torturują jeża, gdy ukochane róże obracają się w pył, gdy ktoś umiera z zimna we własnym mieszkaniu. Boli życie, które przypomina odłamki szkła – kolorowe i piękne, ale jednocześnie kruche i ostre. Ból nie opuszcza Łastoczkę od najmłodszych lat. Jako sierota zostaje przygarnięta przez "kobietę szklarkę", zbieraczkę szklanych butelek, i trafia do wielkiego miasta, Kiszyniowa. Tam właśnie dziecięca nadzieja na odmianę losu zderza się z brutalną rzeczywistością. Tatiana Țîbuleac przedstawia postsowieckie bildungsroman – powieść o dorastaniu w trudnych czasach transformacji ustrojowej. Gdzieś na pograniczu sowieckiej nostalgii i niepodległościowych dążeń, w chaosie zmian, między językiem rosyjskim a rumuńsko-mołdawskim toczy się intymna i poruszająca historia dziecka niekochanego. Țîbuleac ze szczerością podejmuje tematy miłości i jej braku, kobiecości, wykorzenienia i tożsamości, poczucia winy, przebaczenia, wzrastania w rozpadającym się świecie, którym rządzi przemoc i bieda; w którym tak trudno odnaleźć okruchy piękna, dobra i nadziei. Kiszyniowskie osiedle czteropiętrowych bloków przypomina w książce Țîbuleac wieloetniczną mozaikę – to sąsiedzka wspólnota uwikłana w wielkie i małe dramaty, nierówności społeczne, przemoc i napięcia. To ludzie dobrzy i źli, pełni wewnętrznych konfliktów, zdolni do miłości i nienawiści. I wnoszą oni do życia dorastającej dziewczynki odrobinę światła, koloru i pocieszenia.
 

W "Szklanym ogrodzie" krótkie wspomnienia przeplatają się jak szkiełka w kalejdoskopie – i z czasem tworzą wspólnie większy obrazek. Zachwyca splot prozy i poezji, mieszanka szczerości i wrażliwości w opisywaniu ludzkich przeżyć. Książkę Țîbuleac czyta się ze ściśniętym sercem, bo dużo w niej smutku i bólu. I to właśnie swoim głębokim, duszącym smutkiem i bólem ujęła mnie najbardziej (inaczej niż w przypadku jej literackiego debiutu, gdy pod wpływem fali emocji wzruszyłam się do łez). Może i nie tak wspaniała jak "Lato, gdy mama miała zielone oczy", ale wciąż bardzo dobra – w ukazywaniu prawdziwego życia, zawiłości ludzkiej duszy, uczuć i relacji; tego, co piękne i kruche w morzu smutku i goryczy. Wartościowa literatura, lubię i polecam.






















• współpraca barterowa • Wydawnictwo Noir Sur Blanc •

Tytuł oryginalny: Grădina de sticlă
Przekład: Kazimierz Jurczak
Wydawnictwo: Noir sur Blanc i Książkowe Klimaty
Data wydania: 13 września 2023
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 192
Moja ocena: 5/6

11.10.24

"Winda Schindlera" – Darko Cvijetić (przekład Dorota Jovanka Ćirlić)

"Winda Schindlera" – Darko Cvijetić (przekład Dorota Jovanka Ćirlić)
Wojna dotarła do Prijedoru. Wtargnęła do sięgającego chmur Czerwonego Wieżowca z czterema windami. Ucichły śmiech, śpiew i dziecięcy harmider. Ulotnił się zapach ciasta i rakii. Wojna przyniosła ze sobą śmierć, nienawiść, okrucieństwo, łzy i ludzką krzywdę. Jęki, strzały i złowieszczą ciszę. Pozostawiła po sobie pustkę, żal i niegojące się rany. I krew, której nie sposób zmyć. Ot, wieżowiec zanurzony w nieszczęściu.


"Winda Schindlera" nadaje słowom wojna i czystki etniczne ludzką twarz. To Aku i Amir zastrzeleni przed budynkiem serią z karabinu maszynowego. To Adem, którego martwe ciało wleczone było ulicą. To Szimo, który zginął w okopach. To Ekrem, którego zwłoki znaleziono w masowym grobie. To Goran, który katował ludzi w obozie. To Supha i Milosava, dwie matki, których dzieci zwróciły się przeciwko sobie. To Danko, który nie opuścił mieszkania przez trzy lata i siedem miesięcy. 

Darko Cvijetić opisuje losy ludzi żyjących w Czerwonym Wieżowcu w Prijedorze przed, po i w czasie trwania wojny w latach 90. ubiegłego wieku. Nawiązuje do ludzkiego dramatu – czystek etnicznych, które dotknęły mieszkańców; do czasów, gdy sąsiedzi i członkowie rodzin zamienili się w oprawców i ofiary. Krótkie rozdziały, niedopowiedzenia i precyzyjna, liryczna proza doprawiona nutą czarnego humoru doskonale uwidaczniają grozę. Cvijetić wzbudza emocje, gdy pisze o momentach dobrych, złych i najstraszniejszych – Czerwony Wieżowiec niczym soczewka skupia w sobie wojenną tragedię mieszkańców Bośni i Hercegowiny.


Wielką moc ma w sobie ta niewielka książka. Tak oszczędna w formie i treści, a jednocześnie wstrząsająca, zapadająca w pamięć.





















• współpraca barterowa • Wydawnictwo Noir Sur Blanc •

Tytuł oryginalny: Schindlerov lift
Przekład: Dorota Jovanka Ćirlić
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Data wydania: 24 kwietnia 2024
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 84
Moja ocena: 5,5/6

8.5.24

"Kornélie" – Beata Balogová (przekład Izabela Zając)

"Kornélie" – Beata Balogová (przekład Izabela Zając)
Czy potęga lub słabość człowieka tkwi w jego imieniu? Czy imię determinuje przeznaczenie?

Kornélia. Imię, którego brzmienie rani uszy, bo ma w sobie szorstkość i ostre krawędzie. Imię, do którego trzeba dojrzeć, by je polubić i zaakceptować. Imię dla najsilniejszych, bo jest nie tylko darem, ale i brzemieniem, które trzeba nosić przez całe życie. W rodzinie, o której pisze Beata Balogová, kobiety przekazują sobie z pokolenia na pokolenie imię Kornélia. Imię i opowieści, bo "bez opowieści rodzina jest jak popiół z papierosów – rozwiewa ją wiatr". Ta opowieść ma swoje korzenie w małej wiosce na słowacko-węgierskim pograniczu. Kryje się między wyszczerbionymi widelcami, w cierpkim smaku niedojrzałych jabłek i słodyczy śliwkowych powideł, w oczach koloru niezapominajek, zapachu rumianku i rozmarynu, w wylanych łzach. Utkana jest ze wspomnień, rodzinnych tradycji, niespełnionych pragnień, życia i śmierci splecionych w jedno. Ta opowieść łączy pokolenia mocniej niż więzy krwi.


Książka Beaty Balogovej ujmuje swoim cichym pięknem – jest kameralna, czuła i ciepła, niezwykła w swojej zwyczajności. Ot, historia kilku pokoleń kobiet i obraz życia w małej wiosce, a przy tym poruszająca opowieść o byciu kobietą – babką, matką, córką, żoną i siostrą – o korzeniach i przynależności, miłości, sile rodzinnych więzi i znaczeniu słów – dziedzictwie przekazywanym jak najcenniejszy skarb. "Kornélie" składa się z kilku mikrohistorii, bo oprócz wspólnej rodowej kroniki każda kobieta z rodziny ma swoją własną opowieść. Jest miłość, samotność i strata, macierzyństwo, dorastanie i starość, rozpacz i szczęście. Jest dom pełen wspomnień i ogród pełen owoców i ziół. Są wierzenia i przesądy, życie w małej społeczności gdzieś na krańcu świata i przewrotny los, który daje i odbiera. Balogová wspaniale operuje metaforą. Jej proza jest liryczna, zmysłowa, kwiecista, nasycona melancholią i wrażliwością. Wielką przyjemność sprawiło mi czytanie tej książki, wsłuchiwanie się w głos Almy, smakowanie słów, zanurzanie się w kameralny świat jednej rodziny. "Kornélie" to niespieszna lektura o wszystkim i o niczym jednocześnie, pięknie opowiedziana historia, w której kryje się wiele – o życiu, śmierci, miłości i rodzinie. Beata Balogová uchwyciła w niej obraz silnej więzi łączącej kilka pokoleń kobiet – strażniczek rodowych opowieści. Uchwyciła też miłość do natury, bliskość i szacunek do drugiego człowieka oraz urok rodzinnych stron – metaforykę domu, ogrodu i sadu, miejsc bliskich i dobrze znanych, ale też nieco tajemniczych.


"Mi­łość miewa różne od­cie­nie i nikt nie ma prawa de­cy­do­wać, który jest tym wła­ści­wym, a w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku tylko ona się liczy, wła­śnie mi­łość"

Urokliwa powieść – ciepła, kameralna, liryczna, napisana z czułością. O przeżywaniu życia z godnością bez względu na okoliczności. O historiach, które stają się częścią nas samych, które nosimy w sercu już zawsze. Książka Beaty Balogovej pozostawia po sobie szept kobiecego imienia – Kornélia – i smak śliwkowych powideł. Warto!





















* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Książkowe Klimaty.

Tytuł oryginalny: Kornélie
Przekład: Izabela Zając
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Data wydania: 25 kwietnia 2024
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 304
Moja ocena: 5/6

22.1.24

"Pod słońcem Turynu" – Ivana Dobrakovova (przekład Izabela Zając)

"Pod słońcem Turynu" – Ivana Dobrakovova (przekład Izabela Zając)
"Co się ze mną stało w tym mieście u podnóża Alp?"


"Pod słońcem Turynu" (tłum. Izabela Zając) zaczyna się niepozornie. Może się wydawać, że to historia jakich wiele – ot, zwykłe losy emigrantki w obcym kraju. Jednak w prozie Dobrakovovej czuć podskórne napięcie, czające się w ukryciu zło. I rzeczywiście, wizerunek szczęśliwej rodziny i jej włoskiego dolce vita zaczyna się kruszyć. Bohaterka książki Dobrakovovej miota się między obowiązkami matki i żony a zaspokojeniem własnych pragnień. Pokusa staje się silniejsza, a przekraczanie granic moralnych czymś ekscytującym i wyzwalającym. Turyńskie słońce roznieca w Kristinie pożar. Pożar, który zamienia się w pożogę.


Już od pierwszych stron czułam, że ta książka ma w sobie coś mrocznego, niewygodnego, a i tak Dobrakovova zdołała mnie zaskoczyć. Banalna historia emigracji i niewierności kryje w sobie ekstremum i stawia pytania o moralność, egoizm, dziedziczenie zła. Autodestrukcja głównej bohaterki splata się ciasno z poczuciem niedopasowania, przemocą seksualną, rozpadem rodziny i traumą z dzieciństwa. Dobrakovova zręcznie żongluje trudnymi tematami, zagłębia się w intymny świat swojej bohaterki, mieszankę obsesji, pożądania, lęku i poczucia winy. Zachwyca intensywność monologu i wyczucie turyńskiej przestrzeni.

Odważna, przekraczająca granice i niewygodna powieść pełna napięcia, traum i ludzkiego "wykolejenia" opowiedziana mocnym, autentycznym głosem. Literatura dyskomfortu w fascynującym wydaniu.






















Tytuł oryginalny: Pod slnkom Turína
Przekład: Izabela Zając
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Data wydania: 24 maja 2023
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 204
Moja ocena: 4,5/6

13.1.24

"Lato, gdy mama miała zielone oczy" – Tatiana Țîbuleac (przekład Dominik Małecki)

"Lato, gdy mama miała zielone oczy" – Tatiana Țîbuleac (przekład Dominik Małecki)
Zwiewne sukienki. Pole słoneczników na tle błękitnego nieba. Długie rozmowy. Zapach pieczywa i jabłek. Szum oceanu. Utracony czas, którego nie sposób odzyskać i przyszłość, która nie nadejdzie. Nienawiść i złość zamieniające się w miłość, troskę i przebaczenie. Matka i syn. I jedno lato pełne okruchów szczęścia, smutku i nadziei upływające w cieniu tego, co nieuniknione. Lato niezapomniane, najlepsze i najgorsze jednocześnie. Lato, które miało kolor zielonych oczu.


Już pierwsze zdania książki Țîbuleac wywołują niepokój i dyskomfort. Poznajemy nastolatka, który nienawidzi swojej matki. Jego słowa ranią niczym ostrze – przesiąknięte złością, tłumionym gniewem oraz bólem straty i odrzucenia przeszywają na wskroś. Țîbuleac opowiada o skomplikowanej relacji matki i syna oraz jednym lecie we francuskiej wiosce, które odmienia wszystko. Jej surowa i powściągliwa, ale jednocześnie liryczna i pełna wspaniałych metafor proza niesie czytelnika przez meandry miłości i nienawiści, prowadzi przez najdalsze zakamarki ludzkiego serca. I wspaniale ewoluuje, zagłębiając się w zawiłości uczuć i przeróżne odcienie życia.


"Lato, gdy mama miała zielone oczy" to intensywna, intymna podróż matki i syna – opowieść o ciężarze traum i wspomnień, bolesnej nauce przebaczenia, kruchości istnienia oraz uzdrawiającym darze drugiej szansy. To również bezkompromisowe i szczere spojrzenie na chorobę, odchodzenie, żałobę i samotność. Țîbuleac przypomina, że każdy z nas ma swoją własną historię, nierzadko trudną i bolesną. I że miłość ma moc sklejania tego, co potłuczone. 

Wielka siła drzemie w tej niepozornej, krótkiej książce – w swoim literackim pięknie i brutalności potrafi poruszyć najczulsze struny. Mimo niełatwych początków znalazła drogę do mojego serca.



















Tytuł oryginalny: Vara în care mama a avut ochii verzi
Przekład: Dominik Małecki
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Data wydania: 8 sierpnia 2021
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 152
Moja ocena: 5,5/6

28.6.23

"Morelowa księgarnia" – Oresta Osijczuk (przekład Bohdan Zadura)

"Morelowa księgarnia" – Oresta Osijczuk (przekład Bohdan Zadura)
"Napychając się morelami, dławiąc się nimi, zapomniałem o wszystkim: o tym, jak trudno było się pożegnać z mamą (przyjęli ją jednak na służbę w majątku), a potem odejść od niej z tym obcym olbrzymem, którego od teraz powinienem nazywać wujkiem. Zapomniałem o rozpaczy, która lepką pajęczyną oplatała mnie dlatego, że musiałem mieszkać z dumną ciotką, tak niedobrze patrzącą na moją mamę i zimno na mnie. Zapomniałem i o tym, że od teraz rzadko będę się widywał z mamą, chociaż ona obiecała, że będzie przyjeżdżała, kiedy tylko jej się uda. Teraz zapomniałem o wszystkim. Tylko ja i morele. Morele i ja"

Dzieciństwo Mychajła Faryniaka ma zapach słodkiego miąższu moreli, cynamonu z kuchni cioci i karmelu, którym pachniała ukochana Irenka. To zapach miłości, przyjaźni, ciepła i bezpieczeństwa. Zapach, który przeganiał mrok zimy i smutek samotności i który ogrzewał serce – dawał nadzieję. Zapach domu.

I tak właśnie pachnie książka Oresty Osijczuk, ukraińskiej pisarki. Ale nie tylko pachnie, bo ma też smak bułeczek z jabłkiem, marcepanowych ciasteczek i marmolady z różą. To zaglądanie w cukiernicze witryny i do malutkiej księgarni, ubieranie choinki, przemierzanie miejskich uliczek, śnieżne zadymki i wiosenne poranki. "Morelowa księgarnia" utkana jest ze smaków, obrazów i zapachów – zachwyca sugestywną, liryczną prozą i magią codzienności. Bo Oresta Osijczuk potrafi w niezwykły sposób opowiadać o zwykłym życiu w przeróżnych jego odcieniach – o małych i dużych radościach i smutkach, ludzkich zmaganiach i niełatwych relacjach. Tłem dla swojej powieści uczyniła wielokulturowe ukraińskie miasto. "Morelowa księgarnia" to historia dziewięcioletniego chłopca, który trafia na wychowanie do domu ciotki, surowej kobiety, i wuja, właściciela niewielkiej księgarni. Jego dzieciństwo, szczęśliwe, choć niepozbawione trosk, upływa pod znakiem chłopięcych zabaw, nauki i tęsknoty za matką. Niestety, wkrótce spokojne życie burzy wybuch pierwszej wojny światowej, a także długo skrywana rodzinna tajemnica. Oresta Osijczuk splata przeszłość z teraźniejszością – łączy losy małego Mychajła (wątek, który pokochałam!) z historią mężczyzny, który nosi to samo imię i nazwisko. Fabuła meandruje między dziecięcą a dorosłą perspektywą, między Ukrainą a Paryżem. I zachwyca – spokojnym, słodko-gorzkim, kameralnym klimatem.


"Chłopiec, którego mama nauczyła rozsuwać ściany swoją wyobraźnią"

Oresta Osijczuk stworzyła piękną w swojej prostocie, rozczulającą i urokliwą historię, która pozwala spojrzeć na świat oczami małego chłopca – doświadczyć dziecięcych radości i smutków. Ale napisana z czułością "Morelowa księgarnia" to znacznie więcej – opowieść o miłości do książek i ludzi, wspomnieniach zaklętych w zapachach i smakach, bolesnej tęsknocie i łamiącej serce zdradzie. O przyjaźni na całe życie, podążaniu za głosem serca i rodzinie, której nie tworzą wyłącznie więzy krwi. 

"Morelowa księgarnia", choć momentami smutna i wzruszająca, ogrzewa serce, bo ma w sobie wiele ciepła i uroku. I właśnie swoim ciepłem oczarowała mnie najbardziej. Przyjemna, życiowa powieść – otula zapachem moreli i wspomnieniem dzieciństwa.

















* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Mova.

Tytuł oryginalny: Абрикосова книгарня
Przekład: Bohdan Zadura
Wydawnictwo: Mova
Data wydania: 17 maja 2023
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320
Moja ocena: 5/6

22.2.23

"Zanim dojrzeją granaty" – Rene Karabasz (przekład Mariola Mikołajczak)

"Zanim dojrzeją granaty" – Rene Karabasz (przekład Mariola Mikołajczak)
Czy miłość może istnieć poza wszystkim innym? Poza winą, zemstą, strachem, czasem i pamięcią? A może miłość to za mało? Za mało żeby odmienić przeznaczenie? Czy próbując za wszelką cenę ocalić życie, nie zbliżamy się jeszcze bardziej do śmierci? I czy warto zaryzykować wszystko, by móc żyć na własnych zasadach?


Czuję niepokój, kiedy czytam takie książki. Kiedy czytam o kobietach uwikłanych w tradycję, religię i krzywdzący system norm społecznych. O kobietach pozbawionych prawa wyboru, wtłaczanych siłą w stereotypowe role. Czuję niepokój, kiedy czytam o religijnym fanatyzmie, płciowej i seksualnej dyskryminacji, bezsensownej przemocy oraz honorze i prawie zwyczajowym ważniejszych od ludzkiego życia. O małżeństwach naprawczych, zemście krwi, ojcach i bratach zabijających córki i siostry. Czuję niepokój, kiedy czytam o druzgocących konsekwencjach – ludzkich dramatach, rozpadających się rodzinach, śmierci, samotności, ranach fizycznych i psychicznych. Ale to pożądany literacki niepokój, bo wytrąca z bezpiecznej bańki i przypomina boleśnie, że świat w którym żyjemy ma różne oblicza i wcale nie jest czarno-biały. Rene Karabasz, bułgarska pisarka, scenarzystka i aktorka, stworzyła fikcyjną powieść, nie reportaż. Ale Kanun, albańskie prawo zwyczajowe, wokół którego utkała historię głównej bohaterki, nie jest fikcyjny, lecz jak najbardziej prawdziwy. Kanun określa zasady porządkujące wspólne życie i przez lata miał pierwszeństwo przed prawem stanowionym – niczym przewodnik po różnych sferach życia, moralności i aktywności. Stał się fundamentem albańskiej kultury, największe znaczenie nadając rodzinie, honorowi i danemu słowu. Rene Karabasz w swoim literackim debiucie nawiązuje do albańskiego prawa zwyczajowego i jednej z jego kontrowersyjnych zasad – obowiązku krwawej rodowej zemsty tzw. gjakmarrja. Bekia, główna bohaterka, ma poślubić chłopca, którego nie zna. Aranżowane małżeństwa to nic nowego – zgodnie z Kanunem kobieta traktowana jest niczym towar służący złączeniu dwóch rodzin. Najważniejsze by zachowała czystość i nie splamiła honoru bliskich. Tuż przed ślubem dochodzi jednak do nieoczekiwanego zdarzenia. Bekia, chcąc ocalić życie, podejmuje decyzję, która odmienia losy nie tylko jej, ale też całej rodziny. Młoda dziewczyna postanawia zostać zaprzysiężoną dziewicą, a zatem przyjąć rolę mężczyzny. Ślub zostaje odwołany, honor splamiony, a zgodnie z Kanunem jedyną odpowiedzią powinna być krwawa zemsta... Życie Bekii zostaje naznaczone przelaną krwią, samotnością i poczuciem winy.

Rene Karabasz zabiera czytelników do małej albańskiej miejscowości leżącej w cieniu Gór Przeklętych. I opowiada: o dziewczynce, która pragnęła być synem – dumą swojej rodziny; o jej cichym bracie – chłopcu, którego dzieci przezywały "kobietką" i którego obrzucały kamieniami – bo lubił tańczyć; o matce, która wypłakiwała oczy; i o ojcu, który cenił Kanun ponad wszystko inne. W książce Rene Karabasz radość i dobro milczą, a cierpienie i krzywda krzyczą. Honor zastepuje miłość, przemoc zastępuje słowa, a tradycja zastępuje wolność. Bekia czuje się gorsza – bo urodziła się dziewczynką. A przecież powinien być chłopiec – ojciec pragnął syna. I Bekia już od najmłodszych lat próbuje spełnić oczekiwania, zasłużyć na miłość i uznanie ojca, a jedyną drogą do osiągnięcia celu jest wejście w rolę męską – najpierw nieświadomie, a później oficjalnie jako zaprzysiężona dziewica. Ale czy naprawdę właśnie tego pragnie Bekia? A może to tylko efekt przymusu – kulturowa i rodzinna opresja mylnie brana za wolność? Przejmujący jest sposób, w jaki Rene Karabasz zagłębia się w wewnętrzne przeżycia młodej dziewczyny dorastającej w patriarchalnym świecie. Doskonale oddaje emocje – nieustanne poczucie rozdarcia, tożsamościowe i moralne niepokoje, zagubienie. Wszystkie elementy książki wspaniale ze sobą współgrają, tworząc skomplikowany system zależności – obraz świata budowanego z doświadczeń minionych pokoleń.


"dom jest tam, gdzie ci obcięto skrzydła"

W książce "Zanim dojrzeją granaty" to Kanun staje się narzędziem opresji oraz źródłem autentycznego cierpienia i osobistego dramatu. Można by powiedzieć, że świat się zmienia – i krwawa rodowa zemsta, choć niezupełnie, staje się w XXI wieku reliktem przeszłości. Ale Rene Karabasz poprzez fikcyjną historię Bekii opowiada nie tylko o zmaganiach zaprzysiężonej albańskiej dziewicy, lecz w szerszym kontekście – o realnych i aktualnych problemach, z którymi mierzą się współcześni ludzie w różnych częściach świata, nie tylko na Bałkanach. Mimo specyficznej scenerii i na pozór dość kameralnej fabuły, przekaz książki bez wątpienia ma uniwersalny wydźwięk – bo obok kwestii związanych z Kanunem i patriarchatem Rene Karabasz porusza tematy dotyczące miłości, tożsamości, akceptacji, prawdy i wolności – prawa do wyboru, życia w zgodzie z samym sobą, kochania i podążania własną ścieżką. A miłość w tej książce jest trudna, uwikłana w albańskie prawo zwyczajowe i tradycję, naznaczona lękiem i poczuciem winy – stanowi mieszankę tego co najpiękniejsze i najbardziej bolesne, obyczajowo niedozwolone, ale jednocześnie naturalne i słuszne.

"wybierając miłość, wybierasz śmierć albo ona cię wybiera, ale ty zawsze ostatni to pojmujesz, zanim dojrzeją granaty i zaczną pękać"

Książka Rene Karabasz płynie niczym rwąca rzeka – i porywa ze sobą czytelnika. Słowa układają się w chaotyczny strumień świadomości, historia wznosi się i opada, meandruje między przeszłością i teraźniejszością, prawdą i kłamstwem. Rozedrgane myśli Bekii pełne są dobrych i złych wspomnień, lęków i goryczy przemieszanej ze słodyczą. Wyłania się z nich intymne studium dramatu, okrucieństwa i krzywdy obejmujące wiele ludzkich istnień. Liryczna proza Rene Karabasz zabrała mnie w niezwykłą literacką podróż – bolesną i melancholijną. Oczarowała mnie sugestywnością przeżyć i emocji oraz dbałością o detale – ich symboliką i metaforą.

"Zanim dojrzeją granaty" to historia przesiąknięta krwią i łzami oraz spowita gęstą mgłą. Historia, która ma barwę błękitnego nieba i czerwonego soku z granatów i w której odbijają się echa przeszłości. To opowieść o miłości, winie, kłamstwie i przebaczeniu. O tym jak jedna decyzja pociąga za sobą lawinę druzgocących konsekwencji. 

Książka, która pochłania i którą doświadcza się i umysłem, i sercem. Niepokojąca, boleśnie prawdziwa i pięknie napisana – wyjątkowe literackie doświadczenie. Gorąco polecam.















* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.

Tytuł oryginalny: Ostajnica
Przekład: Mariola Mikołajczak
Wydawnictwo: Poznańskie
Data wydania: 22 lutego 2023
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 176
Moja ocena: 5,5/6

5.2.23

"Nim dojrzeją maliny" – Eugenia Kuzniecowa (przekład Iwona Boruszkowska) /przedpremierowo/

"Nim dojrzeją maliny" – Eugenia Kuzniecowa (przekład Iwona Boruszkowska) /przedpremierowo/
Idylliczna, ciepła i kojąca – tak odmienna od tego, co obecnie dzieje się w Ukrainie. Eugenia Kuzniecowa, ukraińska pisarka, w swoim literackim debiucie kreśli kameralną opowieść o powrocie do domu – domu, który jest bezpiecznym schronieniem, w którym czas płynie inaczej, a życie toczy się w cieniu wspomnień, mimo wszystko. Powieść Kuzniecowej pachnie latem i nostalgią, smakuje malinami, pączkami i lemoniadą i przynosi ze sobą delikatny powiew beztroskiego dzieciństwa. To podróż na ukraińską prowincję – historia trzech niezależnych kobiet, które w obliczu życiowych zawirowań postanawiają spędzić lato w wiejskim domu babki. Ten dom, wiekowy i zarośnięty, po raz kolejny staje się ich małym kobiecym azylem – miejscem, w którym mogą ukryć się przed życiem, przemyśleć ważne sprawy i choć na krótką chwilę opóźnić trudne decyzje. Na pozór sielankowy i nieco utopijny świat stworzony przez Kuzniecową otula barwami, zapachami i smakami. Harmonia i spokój przenikają strony powieści, a słowa układają w coś, co wydaje się bliskie i znajome. "Nim dojrzeją maliny" jest jak krótki urywek z życia, ledwie migawka – lato, które, choć może i nie rozwiązuje problemów kobiet, przynosi im to, czego najbardziej potrzebują – komfort, akceptację, poczucie bliskości i przynależności.


"To schronienie, Sołomijo. To przytułek dla tchórzy, których niesie nurt, ale nie wiedzą dokąd iść, chcą tylko na chwilę wyjść na brzeg i wyschnąć"

Sercem powieści (i chyba również tej patchworkowej rodziny) jest nadszarpnięty zębem czasu wiejski dom pośród drzewek owocowych i krzewów malin, który pamięta, czuje i skrywa tajemnice. To milczący świadek cyklu narodzin i śmierci oraz ludzkich radości i smutków. Żyje zgodnie z rytmem natury i opiera się przeciwnościom losu. Kuzniecowa literacko nadaje mu duszę, a przy tym subtelnie dotyka kwestii związanych z tradycją, przywiązaniem do ziemi, poczuciem tożsamości i przynależności. W tym domu spotykają się cztery pokolenia kobiet. To właśnie w nim odkrywają siebie, a także wzmacniają łączące je więzi. Są dwie siostry, Mijka i Lilka, które przeżywają egzystencjalne i damsko-męskie rozterki. Pierwsza z nich wciąż gubi się w relacjach z mężczyznami – choć zaręczona, jej serce bije dla innego. Druga z kolei, nieco bardziej asertywna i pewna siebie, żona i matka, wchodzi i opuszcza sformalizowane związki i nie potrafi odnaleźć swojego miejsca. Jest też kuzynka Marta, charyzmatyczna i dość radykalna kobieta, która niebawem urodzi bliźniaki i nie chce zdradzić tożsamości ojca. Książkowe kobiece grono dopełnia niemal stuletnia babcia Teodora silnie związana ze swoim domem, matka Mijki i Lilki oraz pewna mała dziewczynka – niespodzianka od losu. Fabularnie w tej powieści nie dzieje się wiele – historia utkana jest na kanwie macierzyństwa, związków, kobiecego wsparcia, dylematów oraz indywidualizmu w sielskim, spokojnym wydaniu. Kuzniecowa kreśli kilka różnych kobiecych portretów i wplata je umiejętnie w cichą, letnią opowieść – pokrzepiającą w swojej prozatorskiej prostocie. O tożsamości, poczuciu przynależności, dojrzewaniu do odpowiedzialności i dokonywania wyborów w zgodzie z samą sobą. O miejscu, które staje się symbolem komfortu, bezpieczeństwa i bezwarunkowej akceptacji. O kobietach, które wracają do domu i który "zabierają" ze sobą w świat. O byciu tu i teraz, szczęściu ukrytym w drobiazgach, miłości i sile rodzinnych więzi.


Nie jest to wysublimowana proza, która zmienia życie. Przypuszczam, że szczegóły książki Kuzniecowej szybko zatrą się w mojej pamięci. Ale z pewnością pozostanie po niej przyjemne ciepło, odrobina nadziei i nostalgii, posmak malin i delikatny powiew lata – lekkość i prostota doprawione szczyptą humoru i życiowej refleksji. Czasami to może być za mało, zbyt banalnie. A czasami tyle ile trzeba – gdy właśnie takiej książki potrzebujemy.


















* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Znak.

Tytuł oryginalny: Спитайте Мієчку
Przekład: Iwona Boruszkowska
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 8 lutego 2023
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 304
Moja ocena: 4,5/6

23.5.22

"Dom z witrażem" – Żanna Słoniowska

"Dom z witrażem" – Żanna Słoniowska

W jednym z wywiadów Żanna Słoniowska, ukraińska pisarka polskiego pochodzenia, stwierdziła, że "tożsamość nie zależy od narodowości, tylko od stosunku do ziemi, na której przyszło nam żyć". Te słowa nabierają szczególnego znaczenia w kontekście "tożsamości lwowskiej", bo Lwów ze swoją skomplikowaną historią stanowi osobliwe pogranicze, w którym mieszają się elementy różnych kultur i wyznań. Owa różnorodność od wieków oznacza nie tylko inspirujące współistnienie, ale też wiele bolesnych ran. Dla "Domu z witrażem" Żanny Słoniowskiej Lwów stał się nie tylko tłem, ale wręcz jednym z bohaterów – świadkiem indywidualnych i zbiorowych historii, świadectwem upływającego czasu, wielokulturową mozaiką. Miasto przemawia m.in. poprzez sztukę i architektoniczne detale, niejako snując między wersami swoją własną opowieść. Bohaterowie książki przemierzają lwowskie ulice, odwiedzają miejsca znane i zapomniane, odkrywają przed czytelnikiem architektoniczne sekrety takie jak tytułowy witraż w jednej z kamienic. Witraż, który jest zarówno symbolem miasta i kraju zagrożonych destabilizacją i walczących o przetrwanie, jak i łącznikiem, bo krzyżuje ze sobą ścieżki bohaterów – młodej dziewczyny i dojrzałego mężczyzny, kochanka jej zmarłej matki.

"Dom z witrażem" to literacki debiut Żanny Słoniowskiej z 2015 roku. Książka została uhonorowana Nagrodą Conrada i otrzymała nominację do Literackiej Nagrody Nike. Drugie wydanie pojawia się w szczególnym momencie, a sama książka zyskuje na aktualności. Wydawnictwo Znak postanowiło przekazać dochód z jej sprzedaży na pomoc humanitarną dla Ukrainy.

Cztery kobiece życiorysy splecione z historią Ukrainy

W jednej z lwowskich secesyjnych kamienic mieszkają cztery kobiety reprezentujące cztery pokolenia – i każda z nich inaczej określa swoją tożsamość. Prababka Stanisława to niespełniona śpiewaczka operowa z Leningradu, babka Aba czuje się Polką, jej córka Marianna mówi o sobie "Ukrainka z wyboru", a najmłodsza z nich, bezimienna narratorka, dopiero szuka sposobu, by wyrazić siebie. Każda jednak jest lwowianką. Te cztery kobiety kochają się, a czasami też nienawidzą. Dochodzi między nimi do pokoleniowych i tożsamościowych napięć. Jednak ich losy wydają się nierozerwalnie splecione nie tylko poprzez więzy krwi, ale również za sprawą Lwowa i całej Ukrainy. Żanna Słoniowska wspomina o ważnych, historycznych wydarzeniach – od czasów przedwojennych, przez antykomunistyczne protesty we Lwowie pod koniec lat 80. XX wieku, aż po Majdan 2014 roku. W "Domu z witrażem" osobiste historie bohaterów toczą się na tle ukraińskiej walki o niezależność. Autorka płynnie łączy indywidualne, intymne dramaty jedostki z szerszym narodowościowym kontekstem.

"Jesteśmy jak matrioszki, jedna siedzi w brzuchu drugiej, nie do końca wiadomo która w której, wiadomo tylko, która żyje, a która nie, jesteśmy jak matrioszki przeszyte jednym strzałem na wylot..."

W powieści Słoniowskiej życiowy realizm i proza codzienności spotykają się z nutą oniryzmu. "Dom z witrażem" jest niczym podróż w przeszłość – niespieszna, przesiąknięta nostalgią i smutkiem. Momentami przypomina chaotyczny kolaż – błądzi i bywa nierówna. Ale jednocześnie zachwyca przenikliwością kobiecych portretów, piękną prozą oraz bogactwem ciekawych motywów i istotnych kwestii. Żanna Słoniowska stworzyła opowieść o skomplikowanych losach czterech kobiet na tle wielkiej historii. Opowieść o drodze do wolności i niezależności oraz budzeniu się i dojrzewaniu ukraińskiej tożsamości narodowej. O miłości, próbie pogodzenia się ze stratą, dorastaniu, niespełnionych ambicjach i pokoleniowej traumie. O ludzkich słabościach, wielkich ideałach, trudach życia i przemijaniu. Autorka nie daje czytelnikowi gotowych odpowiedzi – świat i ludzie przedstawieni w książce nie są czarno-biali. Dzięki temu "Dom z witrażem" skłania do refleksji i pozostawia sporo miejsca na własne przemyślenia.

Lubię taką prozę – bystrą, przenikliwą, empatyczną. Czasami metaforyczną i liryczną, a czasami naturalistyczną i brutalnie szczerą. Prozę, która pozwala spojrzeć na zwykłe życie i ludzi z zupełnie innej perspektywy. Żanna Słoniowska zachwyciła mnie plastycznoscią opisów, talentem i literacką świadomością. Jej książka jest jak tytułowy witraż – składa się z wielu przeróżnych "szkiełek": wycinków rzeczywistości, urwanych życiorysów, strzępków wspomnień, małych i dużych dygresji. Z tego wielobarwnego chaosu wyłania się przejmująca, niebanalna i ambitna historia miłości, sztuki, wielokulturowości, cierpienia, siły i walki.

"Dom z witrażem" wzbudził we mnie wiele emocji i skłonił do refleksji – otulił smutkiem i melancholią. Myślę, że to bardzo udany, nieoczywisty i wyróżniający się debiut – boleśnie aktualna i ważna książka. Dla mnie – ciekawe literackie doświadczenie. Serdecznie polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Znak.


Data wydania: 18 maja 2022 (drugie wydanie)
Wydawnictwo: Znak
Oprawa: twarda
Liczba stron: 272
Moja ocena: 5/6

Copyright © w ogrodzie liter , Blogger