30.7.22

"Ostatni raz" – Helga Flatland (przekład Karolina Drozdowska)

"Ostatni raz" – Helga Flatland (przekład Karolina Drozdowska)
Śmierć stanowi nieodłączną część naszego życia. Mimo to wielu z nas nie potrafi bądź nie chce o niej rozmawiać. Ubieramy ją w eufemizmy albo wypychamy z codzienności – jak coś wstydliwego, zbyt intymnego, strasznego i niezrozumiałego. Nie próbujemy się z nią oswoić i przypominamy sobie o niej dopiero wtedy, gdy przychodzi niespodziewanie – razem z chorobą, wypadkiem lub starością. Jak poradzić sobie z widmem zbliżającej się śmierci? Co umieranie oznacza dla pacjenta, a co dla jego bliskich? Czy nadchodzący kres życia i związane z nim ból, lęk i smutek są w stanie zbliżyć do siebie rodzinę – zagoić rany i rozwiązać tłumione latami konflikty?

O Heldze Flatland, współczesnej norweskiej pisarce, mówi się, że posiada umiejętność trafnego ukazywania relacji rodzinnych oraz tworzenia przenikliwych portretów psychologicznych. I rzeczywiście – również nowa książka autorki zachwyca dojrzałością, głębią i wrażliwością. Helga Flatland nie unika trudnych i bolesnych tematów. "Ostatni raz" to szczera i przejmująca opowieść o kruchości życia, przemijaniu i nieuchronności śmierci rozpisana na dwa głosy – dorosłej córki i jej umierającej matki. W cieniu ich trudnych relacji utkanych z miłości, żalu, niewypowiedzianych słów i głęboko skrywanych pretensji, autorka kreśli subtelnie obraz rodzinnego dramatu. I stawia pytania – nie tylko o jakość ludzkich więzi, ale też o godność, prawo do umierania na własnych zasadach, mierzenie się z chorobą i doświadczanie straty.

"Ilekroć z nią rozmawiam, myślę, że coś się zmieni, zauważam to dopiero, gdy się rozłączam, a potem zawsze zostaje we mnie poczucie czegoś nierozwiązanego"

Gdy Anne słyszy diagnozę: nieuleczalna choroba, jej czas zaczyna rozpaczliwie się kurczyć.

Jej dorosła córka Sigrid mieszka wraz z dziećmi i partnerem w Oslo, gdzie pracuje jako lekarka. Rzadko wraca do rodzinnego domu. 

Choroba Anne zmusi całą rodzinę do zmierzenia się z nowym doświadczeniem.

Książka Helgi Flatland utrzymana jest w charakterystycznym dla literatury skandynawskiej stylu. Znajdziemy w niej słowną oszczędność i pozorną surowość pod którymi skrywa się wiele autentycznych i niełatwych emocji. Za każdym razem nieustannie zaskakuje mnie, jak wspaniale skandynawscy autorzy potrafią dotknąć literacko fundamentalnych życiowych kwestii – bez dramaturgii i sentymentalizmu, a z wyczuciem, empatią i szczerością. Helga Flatland zagłębiła się w jedno z najtrudniejszych i najbardziej intymnych ludzkich doświadczeń – choroby i umierania. I uczyniła to w sposób autentyczny, subtelny i wielowymiarowy. Zamiast wyświechtanych egzystencjalnych frazesów i banalnych rozważań otrzymaliśmy urywki niemal wyjęte z prawdziwego życia. Autorka porusza kwestie dotyczące różnych aspektów – psychiki, uczuć, cielesności. Opowiada o prywatności, wstydzie, intymności, próbie pogodzenia się z utratą sprawności, niezależności i poczucia bezpieczeństwa. Z przenikliwością portretuje etapy długiej drogi Anne i jej rodziny od momentu usłyszenia diagnozy aż po ostatnie chwile życie (i związane z nimi niedowierzanie, zaprzeczanie, gniew, lęk i akceptację). Zmagania Anne, choć głęboko osobiste, nabierają uniwersalnego wymiaru. Zresztą między innymi w tym właśnie tkwi siła książki Flatland – mówi kameralnie o śmierci i pożegnaniu, które stanowią integralną część naszego życia.

"Chcę byś pomogła mi umrzeć"

"Ostatni raz" to nie tylko opowieść o chorobie i umieraniu. Sercem książki Helga Flatland uczyniła skomplikowane i napięte relacje matki i jej dorosłej córki. Odchodzenie Anne i konieczność zapewnienia jej opieki zmuszają kobiety do konfrontacji, a zatem czegoś, czego unikały latami. Sigrid uważa, że Anne nie była dobrą matką. Pielęgnowane urazy, pretensje i tłumione negatywne uczucia, pogłębiające się milczenie i napięcia naznaczyły relację matki i córki. W obliczu śmiertelnej choroby Anne i presji uciekającego czasu, kobiety zbliżają się do siebie. Wydaje się jednak, że każda z nich ma inne oczekiwania i priorytety. Czy zdążą odnaleźć drogę do siebie? Helga Flatland oferuje nam narracyjny dwugłos, a zatem dwie odmienne perspektywy. I jest to niezwykle cenny zabieg – pouczający i działający na wyobraźnię. Zachwyciły mnie przenikliwość i czułość, z jakimi autorka stworzyła kobiece portrety. Jej spojrzenie na rodzinne więzi i relacje oraz emocjonalne próby odnalezienia się w trudnej sytuacji i pokoleniową zmianę ról to, oprócz studium choroby i umierania, najjaśniejsze punkty książki.

Jak żyć, gdy śmierć jest tak blisko...? Może jedyne co mamy to miłość?


Książka Helgi Flatland przemówiła do mnie wyjątkowo mocno – wzbudziła głęboki smutek i skłoniła do refleksji. To dowód na to, że pismo autorki potrafi dotrzeć w najgłębsze zakamarki serca i umysłu. Właśnie taką literaturę, dojrzałą, szczerą i empatyczną, cenię.

"Ostatni raz" to przejmująca lekcja życia, umierania i pokory wobec niespodzianek losu oraz studium straty, przebaczenia i miłości. To także opowieść o kruchości istnienia, różnych sposobach przeżywania cierpienia i żałoby, o złożoności uczuć i pamięci, wytrwałości oraz harcie ducha.
O pytaniach, które są ważne dla nas wszystkich i odpowiedziach, których czasami nie sposób odnaleźć. 

Pięknie napisana, dojrzała, empatyczna książka, która przynosi ze sobą uśmiech, smutek i łzy. Jeden z moich ulubionych tytułów Serii Skandynawskiej. Polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.



Tytuł oryginalny: Et liv forbi
Przekład: Karolina Drozdowska
Wydawnictwo: Poznańskie
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Data wydania: 27 lipca 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 288
Moja ocena: 5,5/6



15.6.22

"Dziewczyna ze słonecznikiem" – Aleksandra Rak /patronat medialny/

"Dziewczyna ze słonecznikiem" – Aleksandra Rak /patronat medialny/

Promienie słońca budzące rano ze snu, niebo w różnych odcieniach błękitu, wielobarwne jesienne liście, ukochane słoneczniki w wazonie, ciepły szalik, pyszne owocowe ciasto... Świat Łucji pełen jest kolorów. Bohaterka książki Aleksandry Rak ma w sobie życiową uważność, ciepło i optymizm – potrafi cieszyć się małymi rzeczami. Barwna osobowość dorównuje przyciągającej wzrok urodzie – rudym niesfornym lokom, twarzy usianej piegami i radosnemu błyskowi w oczach.

Zupełnie inny jest świat Kacpra, absolwenta Akademii Sztuk Pięknych i syna znanego mikołowskiego artysty. Wydaje się, że apodyktyczny i oschły ojciec odebrał mężczyźnie wszystkie kolory, a pozostawił jedynie czarno-białą codzienność niczym węglowe szkice, z których słynie. Kacper nie wierzy w siebie i żyje w strachu przed ojcem – jego wszechobecną dezaprobatą i niekończącą się krytyką. Zapomniał już, jak kolorowy jest świat. Do czasu aż spotyka Łucję...

"Chciał uciec, zrobił nawet krok do tyłu, ale coś go zatrzymało. Nie pozwoliło mu się wycofać. Dziewczyna nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Rozbawiona, wpatrywała się w kwiaty, jakby stały się jej najcenniejszym skarbem. Pięknym, złotym skarbem. Teraz wydawało mu się, że jej włosy zyskały nową, nieznaną barwę, która pięknie komponowała się z żółcią słoneczników"

"Dziewczyna ze słonecznikiem" to nowa powieść Aleksandry Rak, autorki m.in. obyczajowej serii "Pensjonat na wzgórzu", i piąta książka pisarki, którą mam przyjemność obejmować patronatem medialnym. Tym razem Aleksandra Rak zabiera czytelników do Mikołowa i Katowic – poznajemy historię Łucji, wrażliwej, ciepłej i barwnej młodej kobiety, która swoim osobistym urokiem oczarowuje dwóch mężczyzn. Jeden z nich pragnie widzieć ją na okładce swojej płyty. Drugi podejmuje się namalowania jej portretu. Wśród zapachu farb, dźwięków muzyki i aromatu malinowej herbaty, podczas długich jesiennych spacerów i gwarnych warsztatów w domu kultury rodzi się uczucie... Dla którego z mężczyzn serce Łucji zabije mocniej?

"I uświadomił sobie, że mógłby na nią patrzeć bez końca"

"Dziewczyna ze słonecznikiem" ma w sobie wszystko to, co tak bardzo lubię w powieściach Aleksandry Rak – życiowy realizm, autentyczne emocje i rozterki, przenikliwy wgląd w uczucia i skomplikowane międzyludzkie relacje, naturalne dialogi, bliskie nam tematy oraz lekki i wrażliwy styl pisania. Zachwycił mnie sposób, w jaki autorka wykorzystała motyw sztuki i ulubionych kwiatów głównej bohaterki. Słoneczniki nie tylko ozdabiają okładkę książki, ale stanowią również istotny element fabuły – subtelnie przenikają historię Łucji, Kacpra i Bonia. Aleksandra Rak zadbała o detale, nadając powieści oryginalnego "słonecznikowego" charakteru. Gdy myślę o jej nowej książce, w mojej głowie materializuje się obraz rudowłosej Łucji z naręczem słoneczników – piękny motyw przewodni :) Zresztą Łucja to jedna z tych bohaterek, które z łatwością wzbudzają sympatię. Polubiłam jej wrażliwość, kreatywność i życzliwość. I z zainteresowaniem śledziłam jej losy, bo nie da się ukryć – Łucja znalazła się w trudnym momencie, uczuciowo rozdarta i zagubiona. Aleksandra Rak z przenikliwością uchwyciła jej wewnętrzne zmagania oraz dynamikę zmieniających się relacji między trójką głównych bohaterów. Wiele emocji wzbudza również wątek Kacpra – młodego mężczyzny uwięzionego w czarno-białym świecie toksycznego ojca. Jego losy w fascynujący sposób splatają się z losami Łucji. Przypadkowe spotkanie nikogo nie pozostawi obojętnym...

"Wiesz, co robią słoneczniki, jeśli nie znajdują słońca? Zwracają się ku sobie nawzajem. Ty nie będziesz szczęśliwa z bujnym wrzosem albo dumnym tulipanem. Piękna róża nie obejmie cię kolcami, a goździk szybko uschnie. Musisz odnaleźć drugi słonecznik. Taki, który cię wesprze, gdy zabraknie słońca, abyście razem mogli wzrastać"

"Dziewczyna ze słonecznikiem" zwraca uwagę dojrzałością i słodko-gorzkim charakterem. Opowiada o pięknych i bolesnych uczuciach oraz o życiu, które bywa zaskakujące – pisze przeróżne scenariusze. Powieść autorki porusza, skłania do refleksji, wywołuje smutek i otula nadzieją. Aleksandra Rak z wrażliwością podejmuje wiele ważnych kwestii dotyczących m.in. miłości, przyjaźni, rodziny. "Dziewczyna ze słonecznikiem" to opowieść o trudnych wyborach, pasji i talencie, rodzinnych sekretach i odwadze podążania własną ścieżką. Ta książka wspaniale pokazuje, jak ważna jest wiara w siebie. Że nigdy nie należy tracić nadziei i że warto walczyć o swoje marzenia i szczęście. Że uczucia bywają skomplikowane i czasami żaden wybór nie wydaje się właściwy. I że niektóre przypadkowe spotkania potrafią na zawsze odmienić nas samych i bieg naszego życia.

Pięknie napisana powieść, którą czyta się jednym tchem. Gorąco polecam, warto.






Za możliwość objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Dragon.

* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Dragon.



Data wydania: 15 czerwca 2022
Wydawnictwo: Dragon
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320

8.6.22

"Sycylijskie lwy" – Stefania Auci (przekład Tomasz Kwiecień) /przedpremierowo/

"Sycylijskie lwy" – Stefania Auci (przekład Tomasz Kwiecień) /przedpremierowo/
Rok 1799. Bracia Paolo i Ignazio opuszczają doświadczoną kolejnym trzęsieniem ziemi Bagnarę Calabra – statek kieruje się w stronę sycylijskiego Palermo. Mężczyźni, ambitni i zdeterminowani, zostawiają za sobą dawne życie i z nadzieją patrzą w przyszłość. Lęk miesza się z ekscytacją, a morska bryza przynosi obietnicę nowego początku...

Tak właśnie zaczyna się powieść Stefanii Auci – włoski bestseller i pierwszy tom sagi inspirowanej prawdziwą historią rodziny Florio. Ten ród zapoczątkowany przez emigrantów z Kalabrii zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach Sycylii. Imperium gospodarcze Floriów przyniosło im nie tylko bogactwo, ale też sławę, prestiż i awans społeczny. Można by powiedzieć, że to kolejna opowieść "od zera do milionera" (a właściwie w tym przypadku od sprzedawców przypraw do "niekoronowanych królów Sycylii") jakich w literaturze wiele, ale sam fakt, że książka Auci odsłania kulisy prawdziwej i ważnej włoskiej rodziny, znacznie zwiększa jej atrakcyjność. W "Sycylijskich lwach" prywatne i zawodowe losy Floriów w płynny i fascynujący sposób łączą się z dziewiętnastowieczną historią Palermo, Sycylii i całych Włoch. Stefania Auci stworzyła wciągającą rodzinną sagę i starannie dopracowaną powieść historyczną o sukcesie, bogactwie, władzy, romansach, zdradach i tajemnicach.


Kiedy myślę o książce Stefanii Auci, w mojej głowie pojawia się barwna mieszanka zapachów, smaków i obrazów. Cynamon, pieprz, anyż, szafran, wąskie i zatłoczone uliczki Palermo, palące słońce i morska bryza, przeróżne odcienie błękitu, owoce, algi, piasek i drewno, statki cumujące w portach... Oprawa "Sycylijskich lwów" jest absolutnie zachwycająca. I widać wyraźnie jak staranny research wykonała autorka. Tło powieści tworzą historyczne, geograficzne i polityczno-społeczne detale. Dzięki plastycznej prozie Auci czytanie "Sycylijskich lwów" zamienia się w wyjątkową literacką podróż do XIX-wiecznego Palermo. Autorka wspaniale kreśli topografię miasta i oddaje atmosferę ówczesnych czasów, zarówno poprzez szerszy kontekst historyczny jak i poprzez realia codziennego życia zwykłych ludzi. Widzimy Sycylię jako centrum śródziemnomorskiego handlu, krainę pełną obietnic i napięć oraz jej społeczność zmieniającą się na przestrzeni lat pod wpływem ważnych wydarzeń (powstanie przeciwko Burbonom, zaraza, zjednoczenie Włoch, walka klas, kolonializm i industralizacja). Wiele uwagi Auci poświęca również kwestiom działalności biznesowej rodziny Florio – opowiada o handlu przyprawami, jedwabiem, korą, siarką i tuńczykiem. Zachwyciła mnie intensywność, drobiazgowość i wyrazistość prozy Auci – wykreowany przez nią świat ożywa na kartach książki i pobudza wyobraźnię czytelnika. Autorka często pisze w tak przekonujący sposób, jakby sama była świadkiem lub obserwatorem opisywanych wydarzeń. Dla miłośników powieści historycznych barwne tło "Sycylijskich lwów" to prawdziwa literacka gratka i szansa na poszerzenie horyzontów.


Nie da się ukryć, że to właśnie historyczno-sycylijska oprawa zrobiła na mnie największe wrażenie. Ale sercem powieść Auci jest historia rodziny Florio – ich niełatwe początki po przybyciu do Palermo oraz długa droga do sukcesu, bogactwa i społecznego prestiżu naznaczona ciężką pracą, determinacją i uporem. Stefania Auci kreśli przenikliwe porterety złożonych ludzkich charakterów i skomplikowanych rodzinnych relacji. Są mężczyźni – aroganccy, apodyktyczni, uparci, a czasami zagubieni między pragnieniem sukcesu a namiętnością i rodzinnym szczęściem. Są kobiety – troskliwe matki, zranione żony, ponętne kochanki. Jedne sprytne, silne i inteligentne, a inne pokonane, rozczarowane i zgorzkniałe. Stefania Auci bardzo dobrze uchwyciła społeczne niuanse epoki – patriarchat, uprzedmiotowienie kobiet, dyskryminację, sztywny podział ról, obyczaje i konwenanse. Stworzyła opowieść nie tylko o imponującym awansie w społecznej hierarchii, bogactwie, ambicji, sukcesie i władzy – o narodzinach imperium Florio – ale przede wszystkim o zwykłych ludziach, mężczyznach, kobietach i dzieciach, którzy krok po kroku budowali je własnymi rękami. "Sycylijskie lwy" to historia ludzkich zmagań, pięknych marzeń i gorzkich rozczarowań, znaczenia rodziny, walki o lepszą przyszłość, lęków, pragnień, poświęcenia i trudnych decyzji. To rozstania i powroty, narodziny i śmierć, momenty szczęścia i rozpaczy, romanse, tajemnice i rodzinna spuścizna. Bohaterowie powieści wzbudzają przeróżne emocje – od sympatii przez współczucie, podziw i obojętność aż po niechęć. Stefania Auci nie zagłębia się w psychologiczne aspekty, nie koncetruje na przeżyciach wewnętrznych. Jej powieść nie przypomina melodramatu. I chyba można nawet stwierdzić, że pisała bardziej z głową niż z sercem. Zmienna dynamika i zdarzający się czasami brak narracyjnego napięcia mogą ostudzić nieco czytelniczy entuzjazm. Nie sposób jednak odmówić "Sycylijskim lwom" rozmachu – ta wielopokoleniowa saga rozpisana na niemal 70 lat (tom pierwszy) zwraca uwagę dojrzałością, panoramicznym charakterem oraz udanym połączeniem historii i literackiej fikcji. I bez wątpienia przynosi ze sobą odrobinę włoskiego klimatu, który tak bardzo lubię.

"Sycylijskie lwy" to ciekawa literacka podróż i obiecujący początek serii. Z przyjemnością sięgnę po kontynuację – myślę, że rodzina Florio jeszcze nieraz nas zaskoczy :)







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem W.A.B.


Tytuł oryginalny: I leoni di Sicilia
Przekład: Tomasz Kwiecień
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 29 czerwca 2022
Liczba stron: 512
Moja ocena: 5/6


6.6.22

"Cztery muzy" – Sophie Haydock (przekład Izabela Matuszewska)

"Cztery muzy" – Sophie Haydock (przekład Izabela Matuszewska)

Jak to jest pozować dla artysty? Siedzieć godzinami bez ruchu i czuć na swoim ciele jego przenikliwy wzrok? Czy każda kobieta czuje się wtedy piękna i pożądana? A może wręcz przeciwnie – skrępowana i onieśmielona? Jak to jest być czyjąś muzą – inspirować, napędzać twórczo i pomagać wznieść się na wyżyny talentu? Czy wiemy kim są kobiety, które spoglądają na nas z obrazów? Czy zastanawiamy się, co łączyło je z autorem dzieła, jakie wiodły życie, czego pragnęły?

Egon Schiele, austriacki malarz i grafik, protegowany Gustava Klimta, znany jest z ekspresyjnych, figuratywnych i odważnych kobiecych portretów i aktów. Jako młody, utalentowany artysta z silną potrzebą niezależności i łamania schematów wzbudzał nie tylko ciekawość i podziw, ale też konsternację, a nawet zgorszenie. Jego przesiąknięte swobodą i zmysłowością prace prowokowały i stawiały pytanie o granicę między pornografią i cenzurą a erotyzmem, seksualnością i płcią. Schiele malował kobiety w osobliwych, odważnych pozach, często nagie lub jednynie w pończochach/butach/bieliźnie. Mówi się, że potrafił doskonale oddać ich siłę, naturalne piękno, zmysłowość oraz intensywność spojrzenia. Przez pracownię artysty przewinęło się wiele kobiet, ale tylko cztery z nich stały się kimś więcej – muzą, natchnieniem, inspiracją, a nawet miłością. Sophie Haydock, brytyjska pisarka, postanowiła oddać głos Gertrude Schiele, Wally Neuzil, Adele i Edith Harms. "Cztery muzy" to beletryzowana opowieść o Egonie Schielem i czterech kobietach, które spoglądają na nas z jego obrazów. Co czuły? Kim były? Co łączyło je z artystą? Jak potoczyły się ich losy?

"Gertrude Schiele
Siostra Egona Schielego, porywcza, zdecydowana, zaborcza, tęskniąca za ekscytującym życiem z dala od rodzinnego domu.

Adele Harms
Pochodząca z burżuazyjnej wiedeńskiej rodziny, namiętna, gwałtowna, uparta; buntująca się przeciwko ograniczeniom swojej klasy i tęskniąca za wolnością.

Wally Neuzil
Zdeterminowana, niezależna, dumna modelka znanego artysty Gustava Klimta, która wydobyła się z ubóstwa i wytycza dla siebie nową, śmiałą ścieżkę.

Edith Harms
Cicha, konwencjonalna i lojalna (czy aby na pewno?) młodsza siostra Adele, pozostająca w jej cieniu i niewiedząca jeszcze, jaką kobietą mogłaby się stać"

Sophie Haydock umiejętnie łączy prawdziwą historię z literacką fikcją. A nie miała łatwego zadania – o kobietach Schielego nie wiadomo zbyt wiele. Z dbałością o detale, wrażliwością i błyskotliwością odmalowuje wiedeńskie realia i kreśli cztery, a właściwie pięć barwnych portretów – malarza skandalisty i jego czterech muz. Każda z kobiet otrzymała w książce Haydock własny rozdział, ale co ciekawe, autorce wspaniale udało się pokazać, jak krzyżowały się ze sobą ich życia – krążyły wokół Egona, wpływały na jego sztukę, rywalizowały, przekraczały granice i wytyczały nowe drogi. Różniło je wiele – wiek, pochodzenie, status społeczny, osobowość – ale łączyła silna fascynacja Schielem oraz pragnienie odegrania istotnej roli w jego życiu i twórczości. Powieść Sophie Haydock pozwala "wejść w buty" Gertrude, Wally, Adele i Edith – spojrzeć na artystę ich wzrokiem, poczuć silne emocje, doświadczyć realiów ówczesnego życia.

Egon Schiele, autoportret, 1910 r.
źródło: wikimedia commons

"Przeszłość musi odejść, a przyszłością jest on"

Sophie Haydock zabiera czytelników w literacką podróż do Wiednia z początków XX wieku – światowej stolicy sztuki i modernizmu. Do miasta, w którym życie akademickie i artystyczne mieszało się z codziennością ulicy; w którym czuć było wyraźnie powiew zmian; które ogarnęła nerwowość w obliczu wojny i epidemii hiszpanki. Do Wiednia Gustava Klimta, Otto Wagnera, Oskara Kokoschki i Zygmunta Freuda. Czytelnik z łatwością może zanurzyć się w ówczesnych realiach – od prywatnych apartamentów i operowych loż, przez duszne kawiarnie, wąskie uliczki, kwitnące ogrody Schönbrunn i malarskie pracownie, aż po zatłoczone pociągi i ciemne więzienne cele. Barwna i plastyczna proza Haydock ożywia kobiece spojrzenia, zapach farby, szelest liści i brzęk filiżanek – niezwykle intensywna sceneria.

"Mógłbym ją rysować przez całą wieczność"

Uwielbiam sposób, w jaki Haydock połączyła ze sobą cztery różne kobiece narracje, jednocześnie odmalowując również portret Schielego. Zachwyciła mnie intensywność i intymność pióra autorki, klimat dwudziestowiecznego Wiednia, wielowymiarowość postaci i bogactwo poruszanych kwestii. "Cztery muzy" to opowieść o kruchości i ulotności życia, poświęceniu, pragnieniu bycia pamiętanym oraz o cienkiej linii między fascynacją i obsesją. O talencie, sztuce i pasji, skomplikowanych ludzkich relacjach oraz wyborach, które na zawsze zmieniają trajektorię życia. O namiętności, pożądaniu, zazdrości i miłości oraz kobiecości i łamaniu konwenansów.

Fascynująca, wciągająca i pięknie napisana powieść bogata w interesujące detale – udany literacki debiut Sophie Haydock. I bez wątpienia jedna z moich ulubionych książek serii butikowej Albatrosa. Gorąco polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Albatros.


Tytuł oryginalny: The Flames
Przekład: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 18 maja 2022
Seria: butikowa
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 480
Moja ocena: 5,5/6

2.6.22

"Proste równoległe" – Agata Romaniuk

"Proste równoległe" – Agata Romaniuk
Ostatnia strona. Ostatnie słowo. I koniec. Zamykam książkę, odkładam ją powoli, niechętnie, bo wcale nie chcę się jeszcze rozstawać. W głowie słyszę melodię skrzypiec. Koncert D-dur Strawińskiego. Sonatę a-moll Bacha. Kaprysy Paganiniego. Lekkie szesnastki rozsypane w powietrzu, drżące struny, tańczące dłonie. Raz spokojnie i lirycznie, innym razem mocno i brawurowo. Czyste, piękne dźwięki. Taka właśnie jest książka Agaty Romaniuk – wydaje się, że tworzą ją nuty, a nie słowa. Wystarczy zamknąć oczy, by usłyszeć skrzypce. Prawdziwa literacka wirtuozeria.

Dwie kobiety, które dzieli wiele, ale łączy muzyka. Dwie utalentowane skrzypaczki, mistrzyni i uczennica, rozdarte między karierą i rodziną. Dwa różne pokolenia w zderzeniu z brutalnością powojennych i komunistycznych realiów. Wanda Krajewska i Marta Rychter – dwa życiorysy jak tytułowe proste równoległe – biegną obok siebie, blisko, ale nigdy się nie przecinają. Uczennica nie podąża śladem swojej mistrzyni – dokonuje innych wyborów i znajduje własną ścieżkę.


"Polska, połowa lat 80. XX w. Młodziutka Marta Rychter podczas wakacji spędzanych z rodzicami poznaje nad morzem enigmatyczną Wandę Krajewską, najwybitniejszą polską skrzypaczkę. Wanda od lat odmawia występów, nikt nie wie dlaczego, choć plotkami żyje cała muzyczna Warszawa. Czy to prawda, że była kochanką wiceministra kultury i pupilką władzy? A może pije i w pewexie odkładają dla niej najlepsze koniaki, po które wieczorami wysyła męża? Marta zostaje jedyną uczennicą, a zarazem powierniczką starszej o pokolenie Wandy. Próbuje odtworzyć powikłaną historię jej życia, miłości oraz stale towarzyszącego Krajewskiej poczucia straty. Chłonie muzyczną wrażliwość swojej nauczycielki, ale zaczyna rozumieć, że nie może iść po jej śladach. Żeby ocalić swoją niezależność, będzie musiała zrezygnować z lojalności. Tylko w ten sposób zdoła dotrzymać Wandzie kroku" (opis wydawcy)

"Proste równoległe" to powieściowy debiut Agaty Romaniuk – debiut dojrzały i znakomity. Chyba nawet nie spodziewałam się takiej prozy – literackiej świadomości, mieszanki szorstkości, czułości i melancholii, emocji buzujących pod powierzchnią. Książka została merytorycznie dopieszczona, utkana z muzycznych detali. Koncerty, konserwatoria, konkursy, instrumenty, dźwięki, talent i pasja – a wszystko to ciasno splecione ze zwykłą codziennością i uczuciami. Agata Romaniuk z przenikliwością portretuje życiowe i zawodowe drogi obu kobiet – dzieciństwo i dorastanie, rodzinne relacje, miłości, marzenia, dramaty, porażki i sukcesy. Z kart książki wyłania się obraz skomplikowanej relacji wybitnej skrzypaczki i jej utalentowanej uczennicy. Czy można ukształtować kogoś na swoje podobieństwo? Jak cienka linia dzieli pasję i obsesję? Czy dla kariery warto poświęcić miłość i rodzinę? I czy talent i sztuka mogą usprawiedliwiać każdą, nawet moralnie wątpliwą decyzję?


"Proste równoległe" to opowieść o pasji, talencie, determinacji, poświęceniu, frustracjach i niespełnionych marzeniach. O trudnych wyborach, lojalności i niezależności, podążaniu własną drogą i odwadze bycia sobą. Agata Romaniuk potrafi z czułością, ale bez ckliwości zajrzeć w głąb kobiecego serca. Wyborna lektura – delektowałam się każdym słowem. "Polecam" to zdecydowanie za mało :)






Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Agora.


Data wydania: 27 kwietnia 2022
Wydawnictwo: Agora
Oprawa: twarda
Liczba stron: 352
Moja ocena: 6/6

30.5.22

"Pojechałam do brata na południe" – Karin Smirnoff (przekład Agata Teperek)

"Pojechałam do brata na południe" – Karin Smirnoff (przekład Agata Teperek)

"Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób" – Lew Tołstoj

Rodzina może być pełna miłości, wsparcia i akceptacji. Może być bezpiecznym schronieniem – azylem. Z rodziną mogą wiązać się dobre wspomnienia – takie, które ogrzewają serce i dają siłę w trudnych momentach.   Ale nie wszystkie rodziny budują. Niektóre niszczą – są pełne krzywdy, łez, upokorzenia, strachu i przemocy. Takie rodziny zamieniają życie w koszmar i stają się pułapką. Doskonale wie o tym janakippo, bohaterka książki Karin Smirnoff. Kobieta dorastała w dysfunkcyjnej rodzinie – z groźnym, agresywnym ojcem, bierną wobec przemocy matką i bratem bliźniakiem, który dzielił z siostrą lęk i traumatyczne przeżycia. Czy mijający czas jest w stanie wygładzić poszarpane wspomnienia i zagoić głębokie rany? Po latach janakippo wraca do rodzinnej wsi, by pomóc bratu, który opłakuje rozstanie i ma problemy z alkoholem. Ojciec już nie żyje, a matka przebywa w domu opieki. Jednak poza tym nie zmieniło się zbyt wiele. W domu nadal czają się wspomnienia naznaczone przemocą i traumą, niewyjaśnione sprawy z przeszłości oraz pytania, które wciąż domagają się odpowiedzi. Czasami przybierają postać sennych koszmarów. Są obecne w haftowanych serwetach matki, starych żółtych kaloszach i drewnianym sęku. Czasami odbijają się w zakurzonym lustrze albo w zmęczonych twarzach mieszkańców wioski. Janakippo nie może dłużej uciekać – czas zmierzyć się z przeszłością.

Wspomnienia, skomplikowana relacja z mężczyzną, sztuka, natura i tajemnicza śmierć pewnej kobiety...

"Pojechałam do brata na południe" to literacki debiut Karin Smirnoff, szwedzkiej pisarki, oraz początek trzytomowej sagi rodzinykippo. Dzieciństwo Jany i Brora nie należało do szczęśliwych. Życie w małej szwedzkiej wiosce z okrutnym, przemocowym ojcem i bierną matką odcisnęło na nich piętno. Wydarzyło się wiele złych rzeczy, których nie sposób zapomnieć. Karin Smirnoff stworzyła przejmujący rodzinny dramat, w którym tajemnice i cienie przeszłości splatają się ciasno z teraźniejszością. Uchwyciła rysy małej, zamkniętej i pogrążonej w beznadziei społeczności oraz moment podróży – tej rzeczywistej, do rodzinnego domu i tej metaforycznej – w głąb samego siebie.  "Pojechałam do brata na południe" to opowieść o rodzinnej traumie, przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej, autodestrukcji, chorobie, uzależnieniu i śmiertelności. O konfrontacji z trudnymi emocjami i wspomnieniami, tajemnicach, splątanych życiorysach, przebaczeniu i miłości. Karin Smirnoff stopniowo wprowadza czytelnika w fabularny świat, odsłania rodzinne sekrety i zmusza swoją bohaterkę do konfrontacji z przeszłością, tłumionymi uczuciami oraz prawdą o sobie i innych.

Przemoc i destrukcja, które przenikają człowieka i stają się jego częścią...

"Pojechałam do brata na południe" to mroczna, bezlitośnie szczera, psychologicznie przenikliwa i do bólu realistyczna opowieść utrzymana w typowym dla literatury skandynawskiej klimacie – surowym i powściągliwym. Jednocześnie pełna autentycznych emocji i ludzi tak realnych, jakby mieli za chwilę zmaterializować się tuż obok nas. W książce Smirnoff dużo jest naturalizmu, cielesności i śmiertelności. Za pomocą oszczędnej prozy autorka potrafi wydobyć niuanse i najsubtelniejsze odczucia, a przy tym przeróżne odcienie traumy i dramatu. Zestawia obok siebie okrucieństwo i czułość, równoważąc je odrobiną czarnego humoru, refleksją oraz szczerością. I nie oferuje przy tym żadnych eufemizmów, łatwych odpowiedzi, tanich mądrości, sentymentalnych wzruszeń ani ckliwych happy endów. Prozę Smirnoff wyróżnia nietypowa forma – niemal całkowity brak interpunkcji, wielkich liter i wyodrębnionych dialogów, co jeszcze bardziej zmusza do literackiej uważności.

"Sprzątałam lęki brata tak samo jak swoje. Przypominało to grę w tetrisa. Klocki trafiały w odpowiednie miejsca odpędzając wszelkie próby myślenia o czymś innym"

Książka Karin Smirnoff przypomina nieco "Testament" Niny Wähä (polecam!), ale jest zdecydowanie mocniejsza, bardziej szczera i mroczna. Porusza i uwiera – niełatwo otrząsnąć się po lekturze. Aż chciałoby się od razu mieć pod ręką kolejną część serii. Autorka stworzyła opowieść o kobiecie – wrażliwej, troskliwej, silnej i zdeterminowanej. O tym, co najmroczniejsze i tym, co najtrudniejsze – przebaczeniu innym i samemu sobie. O miłości i pożądaniu, tęsknocie, cierpieniu i traumie, przynależności, samodestrukcji i ranach, których nie jest w stanie zagoić mijający czas.

Doskonała lektura, fascynująca podróż i wyjątkowe czytelnicze doświadczenie. Jeżeli lubicie literaturę skandynawską oraz motyw rodziny i traumy (ale nie tylko!), gorąco polecam.








* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Tytuł oryginalny: Jeg dro ned til bror
Przekład: Agata Teperek
Wydawnictwo: Poznańskie
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Data wydania: 18 maja 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 352
Moja ocena: 5,5/6

23.5.22

"Dom z witrażem" – Żanna Słoniowska

"Dom z witrażem" – Żanna Słoniowska

W jednym z wywiadów Żanna Słoniowska, ukraińska pisarka polskiego pochodzenia, stwierdziła, że "tożsamość nie zależy od narodowości, tylko od stosunku do ziemi, na której przyszło nam żyć". Te słowa nabierają szczególnego znaczenia w kontekście "tożsamości lwowskiej", bo Lwów ze swoją skomplikowaną historią stanowi osobliwe pogranicze, w którym mieszają się elementy różnych kultur i wyznań. Owa różnorodność od wieków oznacza nie tylko inspirujące współistnienie, ale też wiele bolesnych ran. Dla "Domu z witrażem" Żanny Słoniowskiej Lwów stał się nie tylko tłem, ale wręcz jednym z bohaterów – świadkiem indywidualnych i zbiorowych historii, świadectwem upływającego czasu, wielokulturową mozaiką. Miasto przemawia m.in. poprzez sztukę i architektoniczne detale, niejako snując między wersami swoją własną opowieść. Bohaterowie książki przemierzają lwowskie ulice, odwiedzają miejsca znane i zapomniane, odkrywają przed czytelnikiem architektoniczne sekrety takie jak tytułowy witraż w jednej z kamienic. Witraż, który jest zarówno symbolem miasta i kraju zagrożonych destabilizacją i walczących o przetrwanie, jak i łącznikiem, bo krzyżuje ze sobą ścieżki bohaterów – młodej dziewczyny i dojrzałego mężczyzny, kochanka jej zmarłej matki.

"Dom z witrażem" to literacki debiut Żanny Słoniowskiej z 2015 roku. Książka została uhonorowana Nagrodą Conrada i otrzymała nominację do Literackiej Nagrody Nike. Drugie wydanie pojawia się w szczególnym momencie, a sama książka zyskuje na aktualności. Wydawnictwo Znak postanowiło przekazać dochód z jej sprzedaży na pomoc humanitarną dla Ukrainy.

Cztery kobiece życiorysy splecione z historią Ukrainy

W jednej z lwowskich secesyjnych kamienic mieszkają cztery kobiety reprezentujące cztery pokolenia – i każda z nich inaczej określa swoją tożsamość. Prababka Stanisława to niespełniona śpiewaczka operowa z Leningradu, babka Aba czuje się Polką, jej córka Marianna mówi o sobie "Ukrainka z wyboru", a najmłodsza z nich, bezimienna narratorka, dopiero szuka sposobu, by wyrazić siebie. Każda jednak jest lwowianką. Te cztery kobiety kochają się, a czasami też nienawidzą. Dochodzi między nimi do pokoleniowych i tożsamościowych napięć. Jednak ich losy wydają się nierozerwalnie splecione nie tylko poprzez więzy krwi, ale również za sprawą Lwowa i całej Ukrainy. Żanna Słoniowska wspomina o ważnych, historycznych wydarzeniach – od czasów przedwojennych, przez antykomunistyczne protesty we Lwowie pod koniec lat 80. XX wieku, aż po Majdan 2014 roku. W "Domu z witrażem" osobiste historie bohaterów toczą się na tle ukraińskiej walki o niezależność. Autorka płynnie łączy indywidualne, intymne dramaty jedostki z szerszym narodowościowym kontekstem.

"Jesteśmy jak matrioszki, jedna siedzi w brzuchu drugiej, nie do końca wiadomo która w której, wiadomo tylko, która żyje, a która nie, jesteśmy jak matrioszki przeszyte jednym strzałem na wylot..."

W powieści Słoniowskiej życiowy realizm i proza codzienności spotykają się z nutą oniryzmu. "Dom z witrażem" jest niczym podróż w przeszłość – niespieszna, przesiąknięta nostalgią i smutkiem. Momentami przypomina chaotyczny kolaż – błądzi i bywa nierówna. Ale jednocześnie zachwyca przenikliwością kobiecych portretów, piękną prozą oraz bogactwem ciekawych motywów i istotnych kwestii. Żanna Słoniowska stworzyła opowieść o skomplikowanych losach czterech kobiet na tle wielkiej historii. Opowieść o drodze do wolności i niezależności oraz budzeniu się i dojrzewaniu ukraińskiej tożsamości narodowej. O miłości, próbie pogodzenia się ze stratą, dorastaniu, niespełnionych ambicjach i pokoleniowej traumie. O ludzkich słabościach, wielkich ideałach, trudach życia i przemijaniu. Autorka nie daje czytelnikowi gotowych odpowiedzi – świat i ludzie przedstawieni w książce nie są czarno-biali. Dzięki temu "Dom z witrażem" skłania do refleksji i pozostawia sporo miejsca na własne przemyślenia.

Lubię taką prozę – bystrą, przenikliwą, empatyczną. Czasami metaforyczną i liryczną, a czasami naturalistyczną i brutalnie szczerą. Prozę, która pozwala spojrzeć na zwykłe życie i ludzi z zupełnie innej perspektywy. Żanna Słoniowska zachwyciła mnie plastycznoscią opisów, talentem i literacką świadomością. Jej książka jest jak tytułowy witraż – składa się z wielu przeróżnych "szkiełek": wycinków rzeczywistości, urwanych życiorysów, strzępków wspomnień, małych i dużych dygresji. Z tego wielobarwnego chaosu wyłania się przejmująca, niebanalna i ambitna historia miłości, sztuki, wielokulturowości, cierpienia, siły i walki.

"Dom z witrażem" wzbudził we mnie wiele emocji i skłonił do refleksji – otulił smutkiem i melancholią. Myślę, że to bardzo udany, nieoczywisty i wyróżniający się debiut – boleśnie aktualna i ważna książka. Dla mnie – ciekawe literackie doświadczenie. Serdecznie polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Znak.


Data wydania: 18 maja 2022 (drugie wydanie)
Wydawnictwo: Znak
Oprawa: twarda
Liczba stron: 272
Moja ocena: 5/6

13.4.22

"Smutek i rozkosz" - Meg Mason (przekład Mateusz Borowski)

"Smutek i rozkosz" - Meg Mason (przekład Mateusz Borowski)
"– Jak się wtedy czujesz, Martho?
– Jakbym poszła do kina w ciągu dnia, a po wyjściu zszokowało mnie to, że w międzyczasie się ściemniło. Jakbym stała nieruchomo i nagle spadła ze schodów, ale nie wiedziała, kto mnie zepchnął, bo nikogo za mną nie ma. Jakbym wchodząc do metra, zobaczyła błękitne niebo, a wyszła podczas ulewy"

Martha, bohaterka książki Meg Mason odkąd sięga pamięcią, czuje, że coś jest z nią nie w porządku. Wiele razy próbowała "wziąć się w garść", jednak mimo starań, jej życie w cieniu choroby przypomina jazdę kolejką górską – jest nieprzewidywalne oraz pełne wzlotów i upadków. Martha ma czterdzieści lat i dopiero niedawno usłyszała od lekarza prawidłową diagnozę. Właśnie odszedł od niej mąż. Czy na wszystko jest za późno? A może wręcz przeciwnie?

Czasami mówi się, że to właśnie najzabawniejsi ludzie są najsmutniejsi. I odniosłam wrażenie, że to samo można powiedzieć o książce "Smutek i rozkosz". Historia Marthy już od pierwszych stron ujmuje słodko-gorzkim klimatem – jest jednocześnie czuła, przenikliwa, mroczna i zabawna, i co najważniejsze, mówi o niezwykle trudnych i bolesnych sprawach z lekkością, ironią i humorem, nie tracąc przy tym na autentyczności. "Smutek i rozkosz" przypomina intymny pamiętnik kobiety, która balansuje na granicy zwykłego życia i destrukcyjnej choroby, przedzierając się niestrudzenie przez gąszcz radości i smutku, słodyczy i goryczy, światła i mroku – co istotne, przez wiele lat bez prawidłowej diagnozy, za to z ciężkim bagażem lęków, niepewności, błądzenia i frustracji. Historia stworzona przez Meg Mason zakorzeniona jest głęboko w londyńskich realiach, doprawiona brytyjskim humorem i cudownie współczesna w swojej lekkości i przenikliwości. Napisana w narracji pierwszoosobowej umiejętnie eksploruje kwestie dotyczące rodziny, związków, miłości, macierzyństwa, a wszystko to w kontekście choroby psychicznej oraz jej wpływu nie tylko na życie, osobowość i relacje bohaterki, ale też bliskich jej osób – rodziców, siostrę i męża. Marthę poznajemy na różnych etapach, co pozwala zyskać szerszy kontekst. Jej życie jest nieuporządkowane i chaotyczne, podobnie jak historia jej choroby – emocjonalny rollercoaster walki, akceptacji, smutku i nadziei, również w ujęciu bliskich jej osób (dryfowanie między cierpliwym wsparciem, a sfrustrowaną irytacją). Meg Mason zadbała o detale, i choć nadała całości lekką, błyskotliwą i pokrzepiającą formę, bardzo dobrze uchwyciła powagę wiodącego motywu – blaski i cienie choroby psychicznej. "Smutek i rozkosz" to przenikliwa i poruszająca powieść, którą czyta się jednym tchem i która angażuje emocjonalnie. O długiej drodze do zrozumienia siebie i swoich bliskich, podejmowaniu decyzji, czasami z niewłaściwych powodów, dążeniu do poznania odpowiedzi, wewnętrznej walce, przebaczeniu, odkupieniu i nadziei. O skomplikowanych relacjach i rozdźwięku między życiem jakiego pragniemy, a jakie prowadzimy. O prawdach i kłamstwach, poczuciu niedopasowania oraz murach, które budujemy wokół siebie.

W książce Meg Mason łzy wzruszenia, smutku i śmiechu przeplatają się ze sobą, a czasami mieszają, gdy życie odsłania wszystkie swoje barwy. To nie jest śmieszna powieść, wręcz przeciwnie – szczera, autentyczna i łamiąca serce, ale doprawiona ciepłą ironią, zabawnym komentarzem i nadzieją, która niczym promienie słońca przebijające się przez ciemne chmury pomaga przetrwać najtrudniejsze momenty. Lubię i polecam, warto.






* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Znak.


Tytuł oryginalny: Sorrow and Bliss
Przekład: Mateusz Borowski
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 13 kwietnia 2022
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 384
Moja ocena: 5/6


10.4.22

"Życie Violette" – Valérie Perrin (przekład Wojciech Gilewski)

"Życie Violette" – Valérie Perrin (przekład Wojciech Gilewski)

"Zamykam dziennik Iréne z ciężkim sercem. Tak jak zamyka się powieść, w której się człowiek zakochał. Powieść przyjaciela, z którą trudno się rozstać, bo chce się ją mieć przy sobie, pod ręką". I ja też zamknęłam książkę Valérie Perrin z mieszanką smutku, radości i tęsknoty. Koniec niezwykłej podróży. Czas pożegnania, tym razem wyjątkowo trudny. Przeczytałam ostatnie zdanie i zamknęłam oczy. I zobaczyłam – zaciemnione cmentarne alejki, skapujące do filiżanki łzy bezgranicznego szczęścia i równie bezgranicznego smutku oraz płomienie, które zamieniają wszystko w proch. I usłyszałam – śpiew cykad, stukot przejeżdżających pociągów, melodię love me tender, love me true oraz wyszeptane słowa nagrobnych epitafiów, które mają zaklinać czas. I poczułam – w nozdrzach duszny i słodki zapach białych lilii i mahoniowego drewna, na wargach kryształki soli, w płucach morską bryzę, a w ustach smak dobrze schłodzonego, różowego wina i jaśminowej herbaty z miodem. Bo "Życie Violette" to książka utkana z zapachów, smaków i obrazów. Z emocji, drżenia serca, wspomnień, pragnień i życiowych doświadczeń – tych które uskrzydlają i tych, które swoim ciężarem przygniatają do ziemi. To książka, która staje się ważna i bliska – niezapomniana. Uśmiecham się szeroko, pisząc te słowa, bo moje pierwsze wrażenia z lektury "Życia Violette" nie zapowiadały tak wielkiego zachwytu. Pogrzeby, śmierć, nagrobki i kobieta, dozorczyni cmentarza... Jest w tym coś przygnębiającego – coś, co ożywia lęki przed stratą, odejściem i wiecznością. Ale Valérie Perrin swoją przepiękną, czułą i liryczną prozą sprawiła, że historia Violette rozkwitła, "jak kwiaty, którym zmienia się wodę". Autorka bierze czytelnika delikatnie za rękę i prowadzi go z wrażliwością i empatią przez zwykłą codzienność na granicy życia i śmierci, snując jednocześnie intymną opowieść o kobiecie, która, choć doświadczyła wielkiego bólu, rozczarowań i smutku, znajduje w sobie siłę, by iść naprzód. Violette troskliwie opiekuje się małym francuskim cmentarzem – pielęgnuje kwiaty, uprawia warzywny ogródek i pociesza pogrążonych w smutku żałobników – ukojenie znajduje w codziennej ciszy i samotności, a radość – w zwykłych, małych rzeczach. Violette bez wątpienia ma bolesną przeszłość. Ale czy ma również szansę na szczęśliwą przyszłość? Historia zmarłych kochanków niespodziewanie ożywia serce kobiety...

W książce Valérie Perrin splatają się ze sobą szczęście i tragedia, przeszłość i teraźniejszość, życie i śmierć oraz miłość i zdrada. Blisko zmarłych Violette latami uczy się oswajać cierpienie, patrzeć na życie z innej perspektywy i cieszyć się małymi rzeczami. Bo choć ta  powieść dotyka trudnych i bolesnych tematów, bywa smutna, wzruszająca i  melancholijna, w gruncie rzeczy działa pokrzepiająco, przynosi nadzieję i ukojenie. Valérie Perrin wypełniła historię Violette czułością, mądrością i światłem. Jej piękna proza z łatwością dociera do serca – potrafi poruszyć do głębi, wycisnąć z oczu łzy, odebrać oddech i wprawić w zadumę. Oferuje też czytelnikowi całą gamę refleksji i własnych, osobistych interpretacji.

"Mówić o Tobie to przedłużać Twe istnienie; niczego nie powiedzieć znaczyłoby o Tobie zapomnieć"

"Życie Violette" to opowieść o silnych więzach łączących żywych i umarłych, poszukiwaniu prawdy, próbie pogodzenia się z przeszłością i nowych początkach. O kruchości ludzkiego istnienia, radości z małych rzeczy i nieustającej nadziei w sercu. O odwadze, wytrwałości, oswajaniu samotności, bólu i... życia, które potrafi niespodziewanie dawać i odbierać. Subtelna a intensywna, smutna a pokrzepiająca, oryginalna a tak bardzo autentyczna i pełna przeróżnych odcieni ludzkiego życia. Zostanie ze mną na długo. Gorąco polecam.








* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Albatros.



Tytuł oryginalny: Changer l'eau des fleurs
Przekład: Wojciech Gilewski
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 23 marca 2022
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 480
Moja ocena: 6/6

17.3.22

"Najbardziej niebieskie oko" - Toni Morrison (przekład Kaja Gucio)

"Najbardziej niebieskie oko" - Toni Morrison (przekład Kaja Gucio)

Jedenastoletnia czarnoskóra Pecola Breedlove marzy o niebieskich oczach – wierzy, że poczułaby się wówczas piękna, szczęśliwa i akceptowana. Tymczasem wyśmiewana przez inne dzieci oraz pozbawiona rodzinnej miłości i troski, rozpada się każdego dnia w obliczu przeciwności i wewnętrznych konfliktów.

Istnieją książki, które zamiast literackiej porcji szczęścia i nadziei przynoszą ze sobą dreszcz dyskomfortu, bezsilności i rozczarowania – światem, ludźmi i samym sobą. Książki, które odsłaniają brutalną prawdę i zmuszają do konfrontacji z tym, co ignorowane, spychane na margines, bolesne i niewygodne. Oburzają, wywołują gniew, poruszają do głębi, sprawiają, że grunt usuwa się spod nóg, odsłaniając ziejącą przepaść. I jedną z takich książek jest "Najbardziej niebieskie oko" Toni Morrison, pierwszej czarnoskórej laureatki literackiej Nagrody Nobla. Ten debiut, choć wydany w 1970 roku, wciąż wzbudza wiele emocji, m.in. z uwagi na odważne i brutalnie szczere przedstawienie kwestii dotyczących rasizmu, przemocy seksualnej i kazirodztwa. Zresztą warto w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednym ważnym fakcie – powieść nie tylko została napisana przez czarnoskórą kobietę, ale też koncentruje się wokół historii czarnoskórej dziewczynki. I choć dziś taka informacja nie wydaje się niczym zaskakującym, pięćdziesiąt lat temu, gdy książka została wydana, sprawy wyglądały zupełnie inaczej.

Akcja powieści rozgrywa się w latach 40. XX wieku w Lorain w amerykańskim stanie Ohio – miejscu urodzenia Toni Morrison. Historia marzącej o niebieskich oczach Pecoli została przedstawiona m.in. z perspektywy dwóch koleżanek dziewczynki, czarnoskórych sióstr, Claudii i Friedy MacTeer, które w przeciwieństwie do głównej bohaterki odrzucają kody kulturowe białego świata i które mogą liczyć na wsparcie rodziny. Struktura książki, fragmentaryczna i nielinearna, dobrze uwidacznia postępujące rozbicie świata Pecoli i zmusza czytelnika do trudnego wewnętrznego dialogu z samym sobą.

Toni Morrison stworzyła skomplikowane i wielowymiarowe portrety. I uwzględniła w tej historii kilka ciekawych perspektyw. Są kobiety, mężczyźni i dzieci, biali i czarni, w różnym wieku i należący do różnych klas społecznych. Morrison doskonale zagłębia się w ich codzienne problemy, dylematy i pragnienia. Oddaje ich głęboką frustrację i udrękę, rzuca światło na dzieciństwo naznaczone miłością i nienawiścią oraz nadzieją i rozczarowaniem. "Najbardziej niebieskie oko" to wnikliwa analiza napięć amerykańskiego społeczeństwa i poruszające studium upadku – książka otwiera oczy i pomaga dostrzec najtrudniejsze aspekty życia. Zresztą to właśnie patrzenie odgrywa w powieści istotną rolę – w ludzkich oczach odbija się lęk, rezygnacja, wstyd, niechęć, dezaprobata, pogarda i odrzucenie. Mieszkańcy Lorain odwracają wzrok od cudzej biedy, przemocy, alkoholizmu i brzydoty, jednocześnie ignorując własne słabości i obawiając się prawdy. Dla Pecoli niebieskie oczy są symbolem piękna, szacunku i wolności – niedoścignionym ideałem – oraz drogą do akceptacji i szansą na społeczne dopasowanie. Dziewczynka wierzy, że jest brzydka, ponieważ to społeczność utwierdziła ją w tym przekonaniu. "Najbardziej niebieskie oko" to gorzka i smutna refleksja nie tylko na temat rasizmu, ale również konsekwencji pogardy i odrzucenia, szczególnie dramatycznych i niszczących w sytuacji, gdy jednostka wierzy w ich słuszność i zasadność i gdy pozostaje opuszczona w swojej osobistej tragedii. Niezwykle trudno czytać o losach Pecoli – widzieć jej milczącą bezradność, upokorzenie, utratę poczucia własnej wartości i cichy dramat rozgrywający się wśród ludzi odwracających wzrok lub jawnie okazujących pogardę. Toni Morrison nie idzie na skróty – pokazuje, że czarnoskóra społeczność Lorain nie jest jednolita. Autorka bardzo dobrze odmalowuje jej niuanse i podziały. Dramat Pecoli porusza do głębi, ponieważ dziewczynka zostaje odrzucona nie tylko przez własną rodzinę, ale również przez czarnoskórą społeczność. I tym samym "nie należy ani do świata białych ani do świata czarnych". Choć niczym nie zawiniła – doświadcza całkowitej marginalizacji. W postaci bezbronnej czarnoskórej dziewczynki zbiegają się szkodliwe skutki uprzedzeń zakorzenionych w rasizmie i seksizmie. Książka Toni Morrison umiejętnie przenosi ciężar z osobistego dramatu Pecoli na udział społeczności – ukazuje, jak ci, którzy powinni ją wspierać, zepchnęli ją w przepaść i mrok.

"Najbardziej niebieskie oko" to powieść pełna bólu, rozdzierająca serce, brutalnie szczera i bezkompromisowa, a jednocześnie napisana z czułością – bo talent pisarski Morrison łagodzi nieco formę, ale nie przekaz. Autorka stworzyła opowieść o przemocy rasowej, seksualnej, fizycznej i emocjonalnej. O rasizmie, seksizmie, mizoginii, nierównościach społecznych i ekonomicznych. O zmaganiach dziewcząt, które nie są w stanie wpasować się w narzucony standard urody – o niszczącej presji w obliczu nierealistycznych kanonów. O konformizmie, systemowym ucisku, dylematach tożsamościowych i rasowej nienawiści do samego siebie. O dyskryminacji, która niszczy od najwcześniejszych lat. I o prawdziwym życiu, które bywa bolesne, przykre i rozczarowujące.

Zakończenie powieści zatrzymuje czas – czytelnik zastyga obezwładniony mieszanką żalu, wstydu, przerażenia, smutku i gniewu. To moment szczerej refleksji. Jak żyć, marząc o byciu kimś innym? Czym w ogóle jest piękno? Jak wzrastać w świecie, który przekonuje, że nie jesteś wart miłości, szacunku i akceptacji? Czy bierność nie stanowi tak naprawdę milczącego współudziału? Zresztą podobnych pytań nasuwa się znacznie więcej.

"Cóż więcej można o tym powiedzieć – może tylko d l a c z e g o. D l a c z e g o jednak trudno udźwignąć, pozostaje zatem szukać otuchy w tym j a k"

"Najbardziej niebieskie oko" to kawałek wielkiej literatury. Takiej, która stawia trudne pytania, sprzyja krytycznej ocenie i refleksji, nie przynosi łatwych odpowiedzi – obnaża wady i słabości, pozwala utożsamiać się z doświadczeniami bohaterów, albo wręcz przeciwnie – zmusza do opuszczenia strefy komfortu i uczy empatii. Mimo upływu lat ten literacki debiut nadal zwraca uwagę przenikliwością, uniwersalnością i aktualnością. Zachwyciła mnie proza Toni Morrison – przejmująca i realistyczna. Można powiedzieć, że ta książka stanowi niejako literacki głos osób, których prawdziwy głos nadal nie jest słyszany. Trudna, bolesna, ale niezwykle ważna książka. Polecam.








* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Tytuł oryginalny: The Bluest Eye
Przekład: Kaja Gucio
Wydawnictwo: Poznańskie
Data wydania: 9 marca 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 256
Moja ocena: 5,5/6

15.3.22

"Tam, gdzie las spotyka się z niebem" - Glendy Vanderah (przekład Dorota Stadnik) /przedpremierowo/

"Tam, gdzie las spotyka się z niebem" - Glendy Vanderah (przekład Dorota Stadnik) /przedpremierowo/
"Nie mam domu na Ziemi. Przybyłam stamtąd. – Wskazała niebo.
– Skąd?
– Z gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy. A konkretnie z Galaktyki Wiatraczek.
– Skoro jesteś kosmitką, to czemu wygladasz jak człowiek?
– Ja tylko korzystam z ciała tej dziewczynki. Ona nie żyła, kiedy wzięłam sobie jej ciało"

Pewnego wieczoru przed leśną chatą Joanny, dwudziestosześcioletniej ornitolożki, pojawia się dziewięcioletnia dziewczynka. Ursa twierdzi, że przybyła z gwiazd, by ujrzeć na Ziemi pięć cudów.  Joanna, która walczy z rakiem piersi i która niedawno straciła matkę, nie wierzy w cuda. Pozwala jednak zostać dziewczynce do czasu, aż nie dowie się, kim naprawdę jest. W opiece pomaga jej Gabriel, sąsiad odludek czytający Szekspira. Wkrótce między trójką obcych sobie osób zawiązuje się specyficzna więź. Kim jest Ursula? Jakie tajemnice skrywa? I dlaczego w jej obecności Joannie i Gabrielowi przytrafiają się dobre rzeczy?

Literacki debiut Glendy Vanderah intryguje już od pierwszych stron – tajemnicą i nietypowym suspensem. Dziewięcioletnia Ursa twierdzi, że przybyła z gwiazd i pożyczyła sobie ciało zmarłej dziewczynki. Science-fiction? A może jednak obyczajowy dramat doprawiony nutą romansu? Tego akurat wam nie zdradzę, bo zagadkowe pochodzenie Ursy to jeden z elementów napędzających fabułę – ciekawość podszyta niepewnością zmuszają czytelnika do kompulsywnego przewracania stron. Jednak warto wspomnieć, że książka Glendy Vanderah to nie tylko niesztampowa opowieść o "małej kosmitce", ale również pełna emocji historia, w której krzyżują się ze sobą niespodziewanie życiowe ścieżki dwojga nieznajomych – kobiety i mężczyzny dźwigających bagaż trudnych doświadczeń i skrywających w sercu bolesne rany. Joanna, choć silna wewnętrznie, cierpi z powodu utraty matki. Choroba nowotworowa odebrała jej poczucie bezpieczeństwa, wiarę i nadzieję. Z kolei Gabriel, pozbawiony rodzinnego wsparcia, mierzy się z depresją i społecznym lękiem – żyje z dnia na dzień bez widoków na lepszy czas. Obecność tajemniczej dziewczynki działa uzdrawiająco zarówno na Joannę, jak i na Gabriela - Ursa uczy ich zaufania, miłości i nadziei oraz przypomina, że małe i duże cuda zdarzają się każdego dnia – są tuż na wyciągnięcie ręki. "Tam, gdzie las spotyka się z niebem" to powieść pełna ciepła – pokrzepia i przynosi nadzieję. Daleko jej jednak do lekkiej i cukierkowej historii – znajdziemy w niej również elementy psychologiczno-obyczajowego dramatu. Glendy Vanderah porusza kwestie dotyczące m.in. choroby, żałoby, śmierci, samotności, depresji, przemocy i traumy. Opowiada o znaczeniu rodzinnego wsparcia, przyjaźni i miłości,  m.in. w kontekście depresji (mobilizują i pomagają mierzyć się z chorobą – chorobą, która zwykle nie jest sprintem, lecz maratonem pełnym lepszych i gorszych momentów – choć Vanderah nie zagłębia się w niuanse i można jej zarzucić zbytnie uproszczenie, ten przekaz szczególnie doceniam). I z czułością pokazuje, jak delikatnie tworzą się między ludźmi więzi, na zawsze zmieniając ich życie. Historia bystrej i wrażliwej dziewczynki poruszyła mnie zaskakująco mocno. Ursa to bohaterka, która z łatwością zyskuje sympatię czytelnika. Zresztą podobnie jak nietypowy trójkąt stworzony przez autorkę – trzy różne osobowości i trzy zranione serca. Całość wspaniale dopełniają motywy przyrodnicze i ornitologiczne oraz wyjątkowa sceneria – Shawnee National Forest w amerykańskim stanie Illinois.

"Czasem zdarza się coś złego, żeby zdarzyło się coś dobrego"

"Tam, gdzie las spotyka się z niebem" to poruszająca powieść, którą czyta się jednym tchem – historia pełna autentycznych uczuć i bliskich nam tematów. O miłości, dobru, przebaczeniu, nowych początkach i pokonywaniu trudności. Napisana z lekkością, ale jednocześnie skłaniająca do refleksji – pozostawiła w moim sercu ciepło. Udany literacki debiut i książka, którą z przyjemnością polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Muza.



Tytuł oryginalny: Where The Forest Meets The Stars
Przekład: Dorota Stadnik
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 23 marca 2022
Oprawa: miękka
Liczba stron: 352
Moja ocena: 5/6

Copyright © w ogrodzie liter , Blogger