7.11.22

"Listy Noel" – Richard Paul Evans (przekład Hanna de Broekere) /Recenzja ambasadorska/

"Listy Noel" – Richard Paul Evans (przekład Hanna de Broekere) /Recenzja ambasadorska/
Jak wielką moc ma przebaczenie? Czy prawda wyzwala? I czy może być za późno – na pojednanie, miłość i nowy początek?

Kiedy Noel, redaktorka nowojorskiego wydawnictwa, dowiaduje się, że jej ojciec jest poważnie chory, postanawia wrócić do rodzinnego miasta. Niestety przyjeżdża zbyt późno. Wkrótce okazuje się, że straciła nie tylko ojca, ale też pracę – jej ostrożnie poskładany po rozwodzie świat znów rozstrzaskuje się na milion kawałków. Kobieta musi zmierzyć się z bolesną przeszłością i wspomnieniami o zmarłym ojcu, z którym przestała utrzymywać relacje wiele lat temu. Z założenia krótka wizyta w rodzinnych stronach przeradza się w zupełnie nowe życie. A to nie koniec niespodzianek. Noel zaczyna otrzymywać tajemnicze listy. Kto jest ich autorem? Czy Noel odkryje prawdę i odnajdzie szczęście?


Richard Paul Evans po raz kolejny podarował czytelnikom poruszającą, refleksyjną i otulającą historię w zimowo-świątecznym klimacie. Powiedziałabym nawet, że "Listy Noel" mają w sobie echa dickensonowskiej "Opowieści wigilijnej", bo okres bożonarodzeniowy staje się dla głównej bohaterki momentem przełomowym – przebudzeniem i nowym początkiem. Noel musi przebyć długą i bolesną drogę – do prawdy, przebaczenia, wewnętrznego spokoju i szczęścia. W książce Evansa dużo jest smutku i łez, ale jeszcze więcej miłości, ciepła i nadziei. Historia Noel to cenna lekcja życia, która porusza najdelikatniejsze struny serca i skłania do refleksji. Za każdym razem zachwyca mnie z jak wielką czułością, wrażliwością i życiową mądrością Richard Paul Evans pisze o uczuciach, zmaganiach i skomplikowanych ludzkich losach. Magia "Listów Noel" nie tkwi jedynie w bożonarodzeniowej oprawie, ale przede wszystkim w pięknym przesłaniu, które tak wspaniale wpisuje się w ideę świąt. To opowieść o konfrontacji z przeszłością i poczuciem winy, o kruchości życia i bolesnej stracie, długiej drodze do prawdy, która wyzwala oraz o przebaczeniu innym i samemu sobie. O miłości silniejszej niż śmierć oraz nadziei na lepszy czas. "Listy Noel" pokazują, że to, co z pozoru wydaje się końcem, w rzeczywistości może być nowym początkiem. Że każdy z nas zasługuje na miłość. I że nigdy nie jest za późno, nawet jeśli wydaje nam się inaczej. Na tle burzliwej i niełatwej podróży w głąb samego siebie oraz osobistego przebudzenia, Evans wyeksponował to, co najważniejsze (nie tylko w okresie świątecznym) – dobro, miłość, bezinteresowna pomoc, życzliwość i przebaczenie.


"Listy Noel" to powieść charakterystyczna dla twórczości Evansa – słodko-gorzka, z pozoru prosta i lekka, ale głęboko ludzka i refleksyjna. I może też dla wielu czytelników przewidywalna i spokojna fabularnie – ale m.in. te elementy sprawiają, że powieści autora są tak ciepłe i otulające. Bardzo to lubię – idealny świąteczny comfort reading. W powieści znajdziemy też wiele akcentów, które ucieszą miłośników książek – wystarczy wspomnieć o urokliwej księgarni ojca Noel :) 

Wzruszyłam się. Poczułam w sercu ciepło. Książka do przytulenia – w okresie świątecznym i nie tylko. Gorąco polecam.










* Współpraca ambasadorska z Wydawnictwem Znak.


Tytuł oryginalny: The Noel Letters
Przekład: Hanna de Broekere
Wydawnictwo: Znak
Cykl: Seria z Noel (część czwarta)
Data wydania: 9 listopada 2022
Oprawa: miękka
Liczba stron: 352


5.11.22

"Krótko i szczęśliwie. Historie późnych miłości" – Agata Romaniuk

"Krótko i szczęśliwie. Historie późnych miłości" – Agata Romaniuk
Miłość. O miłości powiedziano już wiele. O miłości napisano, a nawet wyśpiewano już wiele. Odmieniamy ją przez wszystkie przypadki. Bywa słodka, zwariowana, gwałtowna i sentymentalna, albo wręcz przeciwnie – cierpliwa, stateczna i głęboka. Zdarza się, że przychodzi niespodziewanie i nie pyta o pozwolenie. Na krótko, na długo – czasami na zawsze. Raz szczęśliwa i spełniona, innym razem bolesna i tragiczna. Potrafi złamać serce albo uskrzydlić – sprawić, że wszystko nabiera sensu. Właśnie ona. Najważniejsza. Miłość.



Agata Romaniuk, pisarka i reporterka, potrafi pisać o miłość. Bez względu na to, czy zagląda do uczuciowego świata kobiet i mężczyzn z dalekiego Omanu ("Z miłości? To współczuję"), czy kreśli przejmujący portret utalentowanej skrzypaczki kochającej muzykę ("Proste równoległe"), jest w stanie uchwycić subtelne tony oraz stworzyć przenikliwą opowieść – autentyczną, ludzką, poruszającą i umysł, i serce. "Krótko i szczęśliwie" to również książka o miłości, ale niebanalna, bo jej motywem przewodnim jest miłość dojrzała – taka, która przychodzi późno, jesienią życia, czasami nawet na ostatniej prostej. Na reportaż Agaty Romaniuk składa się jedenaście zwykłych-niezwykłych historii ludzi, którzy kochali krótko i szczęśliwie. Do których miłość przyszła po wielu długich latach, gdy już zupełnie się jej nie spodziewali. Którzy znaleźli w sobie odwagę, by powiedzieć miłości "tak" – mimo wątpliwości, przeszkód, ludzkiej ciekawości i niechęci. Bo we współczesnym świecie, w którym tony nadaje kultura instant oraz kult młodości i piękności, niełatwo czasem podążać za głosem serca. Publikacja Agaty Romaniuk przybliża czytelnikom świat uczuciowy osób starszych – miłość, seksualność, potrzebę bliskości i czułości – a zatem coś, o czym zwykle nie mówi się otwarcie. Dlaczego? Bo nie wypada? Bo wstyd? Bo kochać i trzymać się za ręce mogą tylko młodzi? Bo namiętność, pożądanie i seks mają limit wieku? "Krótko i szczęśliwie" łamie schematy i przypomina, że każdy zasługuje na miłość niezależnie od wieku. To reportaż, który wychodzi poza tradycyjne ramy, bo nie eksploruje tematu wyświechtanej pierwszej miłości, lecz zagłębia się w kwestie miłości ostatniej. I owa finalność, również w kontekście ziemskiej wędrówki, wybrzmiewa w historiach bohaterów mocno – w towarzystwie przemijania i kruchości życia. 

"Krótko i szczęśliwie" to m.in. historia utalentowanej pianistki, która zagubiła się w labiryncie własnego umysłu. Historia Tadeusza, który przestał mówić po śmierci żony. Historia miłosnego trójkąta – Lusi, Mańka i Ryśka – i ich "poliamorii". Historia kobiety i mężczyzny, których połączyło ogłoszenie w gazecie z działu "Randki dla miłośników książek". Historia Wiesławy, która "wybrała ciało Zdzisława zamiast ciała Chrystusa". Bohaterowie reportażu Agaty Romaniuk kochają romantycznie i dojrzale. W ich słodko-gorzkich opowieściach szczęście, ekscytacja, radość z obecności ukochanego człowieka, troska, potrzeba czułości i bliskości oraz namiętność i pożądanie splatają się ciasno z prawdziwym życiem – codziennością, chorobą, samotnością, żałobą, lękiem i śmiercią. Kochają. Czasami długo, czasami krótko – ale szczęśliwie.


Reportaż Agaty Romaniuk, choć na pierwszy rzut oka niepozorny, ma ogromną moc – trafia prosto do serca i skłania do refleksji. Autorka zdołała uniknąć sentymentalnych tonów – publikacja jest autentyczna, intymna i tak bardzo ludzka. Wzbudziła we mnie wiele przeróżnych uczuć, od uśmiechu aż po smutek. Dostarczyła też wielu wzruszeń i otuliła nadzieją. Bo "Krótko i szczęśliwie" przypomina, jak kruche i ulotne jest życie. Że ludzie, których kochamy odchodzą, a wraz z nimi odchodzi cząstka nas samych. Że nie wolno tracić nadziei – bo miłość może odnaleźć nas w najmniej oczekiwanym momencie, nawet w ostatnich latach życia. Że miłość nie ma limitu wieku i że wspólne "krótko" może być bardzo szczęśliwe. I że nigdy nie jest za późno.

Wspaniale napisany, wartościowy i dojrzały reportaż przemawiający do czytelnika na wielu różnych poziomach. Mogłabym czytać i czytać. Gorąco polecam.









* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Data wydania: 12 października 2022
Wydawnictwo: Poznańskie
Seria: Reporterska
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 200
Moja ocena: 5,5/6

20.10.22

"Bogowie tanga" – Carolina de Robertis (przekład Anna Dobrzańska)

"Bogowie tanga" – Carolina de Robertis (przekład Anna Dobrzańska)

"Dźwięki ją zniewalały. Przenikały do kości i sprawiały, że krew krążyła szybciej w żyłach. Nie znała się; nagle przyszło jej do głowy, że nie wie nic, kompletnie nic o świecie. Że nie może nic wiedzieć, skoro nie miała pojęcia, że istnieją takie uczucia, takie dźwięki, taka bezsenność, melodia bogata niczym noc"

Leda pragnęła uciec przed bolesną przeszłością. Argentyna miała być jej ziemią obiecaną – nowym rozdziałem oraz niepowtarzalną szansą na szczęście i lepsze życie. Kiedy jednak po latach oczekiwania i długiej podróży dociera w końcu do zatłoczonego i gorącego Buenos Aires, jej marzenia w jednej chwili roztrzaskują się na milion kawałków. Leda dowiaduje się, że została wdową – bez środków do życia, w obcym mieście i wśród obcych ludzi.  Ratunkiem i drogą do wolności w męskim, brutalnym świecie staje się dla niej miłość do muzyki i stare skrzypce, które przepłynęły z nią Atlantyk. Leda obcina włosy i bandażuje piersi – przemienia się w młodego mężczyznę i dołącza do grupy artystów grających tango. W ten sposób otwiera się przed nią nowy, zakazny świat, równie kuszący co niebezpieczny...

Cóż za barwna, tętniąca życiem i zmysłowa powieść! Książka de Robertis iskrzy – żarem uczuć, dzikością, seksualnością, melodią tanga, namiętności, wolności i buntu. Opowieść o kobiecie, która łamie tabu i podąża za pragnieniami splata się ciasno z realiami życia w Argentynie pierwszych dekad XX wieku. De Robertis ożywia imigranckie slumsy, ciemne zaułki, zatęchłe czynszówki, pełne rozpusty burdele i owiane złą sławą kabarety – świat, który wodzi na pokuszenie, który potrafi uszczęśliwić lub zniszczyć. W powieści zacierają się granice, wszystko jest bardziej intensywne i mocniej działające na wyobraźnię.

Carolina De Robertis podarowała nam opowieść o kobiecej sile i determinacji, o szukaniu swojego miejsca i odkrywaniu siebie – swojej tożsamości i seksualności. O silnym pragnieniu wolności, podążaniu za głosem serca, wielkiej pasji i odwadze – by iść własną drogą na własnych zasadach, nawet za cenę społecznego odrzucenia. "Bogowie tanga" pokazują, że wolność mamy w sobie. Że warto wziąć los w swoje ręce i podążyć za marzeniami.

Liryczna, urzekająca i hipnotyzująca. Niesie czytelnika dźwiękami muzyki i miasta. To piękny pean na cześć kobiecej siły, miłości i argentyńskiego tanga.








* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Albatros.


Tytuł oryginalny: The Gods of Tango
Przekład: Anna Dobrzańska
Wydawnictwo: Albatros
Seria: Piąta Strona Świata
Data wydania: 28 września 2022 (wydanie II)
Oprawa: twarda
Liczba stron: 416
Moja ocena: 5/6

19.10.22

"Bieszczadzka kolęda" – Aleksandra Rak /patronat medialny/

"Bieszczadzka kolęda" – Aleksandra Rak /patronat medialny/
Boże Narodzenie. Czas rodzinnych spotkań, bliskości, wzruszeń i radości. To widok migoczących lampek i choinkowego drzewka, zapach pomarańczy i igliwia, smak czerwonego barszczu i pierogów oraz dźwięk kolęd i śmiechu przy rodzinnym stole. To moment zatrzymania w codziennej gonitwie, chwile spokoju i wyciszenia... Brzmi wspaniale, prawda? I właśnie tak miały wyglądać święta Patrycji, Martyny i Klaudii w bieszczadzkim pensjonacie. Ale życie jak to życie – napisało dla nich zupełnie inny scenariusz...


"Los uwielbiał płatać jej figle. Raz po raz przypominał o sobie, o tym, że jest nieprzewidywalny i że nawet najbardziej dopracowany plan może ulec gwałtownej zmianie"

"Bieszczadzka kolęda" to wspaniały prezent od Aleksandry Rak dla miłośników obyczajowej serii "Pensjonat na wzgórzu" – ponowne, czwarte już, spotkanie z Patrycją, Martyną i Klaudią, tym razem w zimowo-świątecznej odsłonie. Przyznam, że bardzo ucieszyła mnie wiadomość o kontynuacji losów sióstr. Z każdą kolejną powieścią bohaterki stają się czytelnikowi bliższe, a ich historia angażuje emocjonalnie coraz bardziej. Trzecia część kończy się niezwykle trudnym i wzruszającym momentem. Aż chce się wtedy zapytać: co dalej...? I właśnie "Bieszczadzka kolęda" dostarcza odpowiedzi. Aleksandra Rak ponownie zabiera nas w urokliwe Bieszczady i snuje opowieść – o skomplikowanych siostrzanych i damsko-męskich relacjach, sile miłości i wsparcia oraz próbie pogodzenia się ze stratą. O małych i dużych bożonarodzeniowych cudach, podążaniu za głosem serca i nadziei na lepszy czas.

Patrycja zarządza przyszpitalnym hotelem, gdzie zajmuje się rodzinami chorych. Poznaje tam Erika – Szweda, którego brat właśnie przeszedł operację po wypadku w górach. Mężczyzna z dnia na dzień coraz bardziej intryguje Patrycję.

Martyna kontynuuje karierę architektki wnętrz, próbując dzielić czas między rodzicielstwo a związek z Bartoszem.

Klaudia prowadzi rodzinny pensjonat. Siostry, zajęte własnym życiem nie dostrzegają, że dzieje się z nią coś złego…

Patrycja, Martyna i Klaudia planują wigilię w pensjonacie na wzgórzu. Czy uda im się spędzić rodzinne święta w gronie najbliższych? Czy ich odbudowana po latach siostrzana więź okaże się wystarczająco silna w obliczu kolejnych trudności?


"Bieszczadzka kolęda" to książka silnie osadzona w realiach codziennego życia, co bez wątpienia stanowi jej ogromną zaletę. Nie otula na siłę bożonarodzeniowym lukrem – wręcz przeciwnie, pokazuje, że świąteczny czas bywa trudny, skomplikowany i często daleki od naszych idealnych, wymarzonych wizji. I co ważne, nie oznacza to wcale, że jest gorszy. Po prostu jak w życiu – nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem. "Bieszczadzka kolęda" pełna jest wzlotów i upadków, łez szczęścia i rozpaczy, śmiechu, momentów smutku i radości. Podobnie jak w przypadku pozostałych części serii pierwsze skrzypce odgrywają w niej emocje, uczucia i międzyludzkie relacje. Między Patrycją, Martyną i Klaudią dzieje się wiele, co w połączeniu z życiowymi perturbacjami oraz napiętą świąteczną atmosferą daje prawdziwą wybuchową mieszankę. Aleksandra Rak z wrażliwością porusza kwestie żałoby, macierzyństwa, choroby, samotności oraz depresji. Jednak mimo niełatwej tematyki, historia sióstr nie przytłacza smutkiem – jest dynamiczna, doprawiona szczyptą humoru i ciepłej ironii oraz dużą dawką zrozumienia – dla naszych ludzkich wad, słabości, potknięć i błądzenia. I ma w sobie nadzieję – pokazuje, że jesteśmy w stanie iść naprzód, mimo przeciwności. Każda z bohaterek książki musi zmierzyć się z własnymi uczuciami, lękami, niespodziankami losu, bolesną przeszłością i niepewną przyszłością. Aleksandra Rak stworzyła autentyczne i barwne portrety – kobiet takich jak my, szukających miłości i szczęścia.

"Być razem, bez tych wszystkich problemów, smutków i wyrzutów. Choć przez chwilę... z tymi, których kochamy"

Lubię serię Aleksandry Rak za realizm, autentyczne emocje i za historię niełatwych siostrzanych relacji we wszystkich życiowych odcieniach. "Bieszczadzka kolęda" nie różni się pod tym względem od pozostałych części cyklu. Znajdziemy w niej dużo emocji, bliskie sercu tematy, dynamiczną fabułę, słodko-gorzki klimat i zimowo-świąteczne akcenty. To pięknie napisana opowieść o drugich szansach, uzdrawiającej sile miłości, znaczeniu rodzinnego wsparcia i nowych początkach. Powieść wywołuje uśmiech, wzrusza i skłania do refleksji. I wspaniale przypomina, że Boże Narodzenie to nie tylko choinka, wigilijny stół i prezenty, lecz przede wszystkim obecność tych, których kochamy. I że dobrze jest mieć wokół siebie bliskich – rodzinę i przyjaciół, zarówno w smutnych jak i radosnych chwilach.

Kolejne udane spotkanie z bohaterkami "Pensjonatu na wzgórzu". Wybierzcie się w zimowe Bieszczady wspólnie z Aleksandrą Rak i poznajcie dalsze losy Patrycji, Martyny i Klaudii. Warto, serdecznie polecam.











Za możliwość objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Dragon.


Data wydania: 12 października 2022
Wydawnictwo: Dragon
Seria: Pensjonat na wzgórzu (część czwarta)
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320



15.10.22

"Coraz mniej światła" – Nino Haratischwili (przekład Irena Dębek)

"Coraz mniej światła" – Nino Haratischwili (przekład Irena Dębek)

Urodzona w 1983 roku w Tblisi i mieszkająca od ponad 20 lat w Niemczech Nino Haratischwili, gruzińska reżyserka teatralna, powieścio- i dramatopisarka, autorka bestsellerowej sagi "Ósme życie (dla Brilki)" powraca z nową książką – przejmującą opowieścią o bezwarunkowej przyjaźni silniejszej niż śmierć, dojrzewaniu na tle burzliwej historii Gruzji oraz pokoleniu, któremu podcięto skrzydła tuż u progu dorosłego życia. W "Coraz mniej światła" bezwzględny mrok, chaos i horror postsowieckich czasów splatają się z indywidualnymi losami czterech młodych dziewczyn. To, co wówczas przeżywają i doświadczają, zmienia je i kształtuje. Odtąd przeszłość już zawsze będzie obecna w ich życiu – w postaci słodko-gorzkich wspomnień, niezabliźnionych ran w sercu, nieukojonych tęsknot, powracających wyrzutów sumienia. I w czarno-białych fotografiach – kadrach, w których zatrzymał się czas.

"Stoję jak zahipnotyzowana, nie jestem w stanie ruszyć się z miejsca, a obrazy zaczynają zalewać mi głowę, nie mam wyjścia, muszę poddać się ich nurtowi, nie ma sensu walczyć z czymś, co jest jak żywioł"

Konfrontacja z przeszłością

Bruksela, 2019. Trzy kobiety spotykają się po wielu latach w Centrum Sztuk Pięknych na wystawie fotograficznej ku pamięci słynnej autorki zdjęć – ich zmarłej przyjaciółki. Retrospektywa staje się nie tylko okazją do niezwykłej podróży w przeszłość, ale też do bolesnej konfrontacji ze wspomnieniami, tłumionym latami żalem oraz z przebaczeniem, które tak długo wydawało się niemożliwe. Czarno-białe fotografie ożywiają sceny z dawnego życia oraz uczucia, często te najbardziej intymne i łamiące serce. Bohaterki książki cofają się do lat młodości – wielkich nadziei, pierwszych miłości i rozczarowań, złamanych obietnic, druzgocących strat i roztrzaskanych marzeń. Do Gruzji stojącej u progu burzliwych przemian – chaosu, przemocy i mroku, które wkradły się nie tylko do codziennego życia, ale też do ludzkich snów i serc.

"Coraz mniej światła" to książka monumentalna i napisana z rozmachem – łączy w sobie indywidualne losy i wielką historię. Nino Haratischwili meandruje między współczesną Brukselą, a retrospekcjami – opowieścią, dla której tłem uczyniła swoją ojczyznę – Gruzję lat 80. i 90. ubiegłego stulecia. Z książki wyłania się obraz kraju silnie doświadczonego i podzielonego, uwikłanego w konflikty i staczającego się w chaos, przemoc i walkę o władzę. To Gruzja, która po rozpadzie Związku Radzieckiego zamiast czuć radości z wyzwolenia musi mierzyć się z wojną domową, zamieszkami, aresztowaniami, racjami żywnościowymi i kolejkami po chleb, awariami prądu, korupcją i niepewnością jutra. Nino Haratischwili ukazuje ówczesne realia – rozpad ZSRR i transformację ustrojową ze wschodniej perspektywy. Dzięki autorce czytelnik zanurza się głęboko w gruzińską historię, i co ważne, robi to w sposób naturalny i niewymuszony, płynąc z nurtem fabuły. Bo Gruzja w powieści Haratischwili nie stanowi jedynie tła – staje się niemal jednym z bohaterów. Wciąż przed oczami mam sugestywne opisy Tblisi – mikroświata czterech dorastających dziewczyn. Ich codzienne życie toczy się między drewnianymi balkonami, małym podwórkiem i w czterech ścianach ciasnych mieszkań, na zatłoczonych ulicach i w uczelnianych murach. "Coraz mniej światła" ma w sobie powiew wschodu, postsowiecką spuściznę i gruzińskość, która przenika fabułę. Haratischwili wie, jak ożywić minioną epokę i ducha czasu oraz jak splatać ze sobą ludzkie losy.

Przyjaźń w czasach niepokoju

W zmieniającym się, ogarniętym chaosem, ale też tętniącym życiem Tbilisi dorastają cztery przyjaciółki: spragniona wolności i pełna życia Dina, rozsądna i pragmatyczna Ira, romantyczna Nene, siostrzenica najpotężniejszego przestępcy w Tbilisi, oraz wrażliwa, wychowująca się bez matki Keto. Różni je wiele, ale łączy jeszcze więcej – pragnienie miłości i akceptacji oraz marzenia o lepszym życiu. I przyjaźń, która utrzymuje je na powierzchni i staje się źródłem nadziei w niespokojnych czasach. Nino Haratischwili kreśli głębokie i przejmujące portrety bohaterów, pierwszo- i drugoplanowych. Otacza ich złożoną i skomplikowaną siecią powiązań – rodziny, przyjaciół i wrogów. Towarzyszymy im od późnego beztroskiego dzieciństwa, przez burzliwe dojrzewanie, aż po bolesną dorosłość – w spirali miłości, szczęścia, rozpaczy i cierpienia. Na oczach czytelnika zmienia się Gruzja i zmieniają się Dina, Nene, Ira i Keto. To właśnie oczami tej ostatniej poznajemy wydarzenia i historię ich przyjaźni. Każda z dziewcząt na swój własny sposób próbuje przetrwać i poradzić sobie z grozą codzienności, skomplikowanymi relacjami i losem, który nie jest dla nich łaskawy. "Coraz mniej światła" to opowieść o przyjaźni, miłości, nadziei i śmierci. O walce z przeznaczeniem, młodzieńczym buncie, który przeradza się w okrutną przemoc, przymusowych małżeństwach, wątpliwościach moralnych oraz destrukcyjnym wpływie patriarchatu na miłość, związki i rodzinę. Wiele jest w niej pięknych i tragicznych momentów. Nie sposób nie zachwycić się intensywnością emocji, realizmem, mieszanką mroku i światła – światła, którego choć coraz mniej, nigdy całkowicie nie brakuje.


"Cały ten czas to jedno wielkie stanie w kolejce: po lepszą siebie, po lepszy świat i lepszego Lewana, ale zdaje się, że nigdy nie dotarłam do celu. Dlatego tamtej nocy po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy nie nadszedł już czas, żeby wyjść z tego ogonka"

Nino Haratischwili utkała z detali epicką powieść, krok po kroku rozwijając historię i nadając jej głębi. "Coraz mniej światła" niepostrzeżenie wciąga i staje się bliska. Zwraca uwagę panoramicznym, ale jednocześnie intymnym spojrzeniem, interesującym historycznym tłem, wielowątkową fabułą oraz przejmującym obrazem pokolenia młodych Gruzinów wkraczających w dorosłość w okresie dramatycznych przemian. Nino Haratischwili stworzyła opowieść o miłości aż do bólu, przyjaźni silniejszej niż śmierć, straconych szansach i wielkich nadziejach. O trudnych wyborach i dramatycznych wydarzeniach, które na zawsze odmieniają życie. "Coraz mniej światła" to również wyjątkowy hołd złożony Gruzji, miastu Tbilisi i jego mieszkańcom.

Pięknie napisana powieść, autentyczna, hipnotyzująca i zostawiająca w sercu ślad. Historia, która wzrusza, ogrzewa, porusza do głębi. Taka, którą się żyje i o której myśli się jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony. Niezapomniana. Nino Haratischwili ma talent – "Coraz mniej światła" to literacka perła. Czytajcie, warto.









* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Otwarte.

Tytuł oryginalny: Das mangelnde Licht
Przekład: Irena Dębek
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 12 października 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 768
Moja ocena: 6/6

13.10.22

"Porzucona córka" – Donatella Di Pietrantonio (przekład Lucyna Rodziewicz-Doktór)

"Porzucona córka" – Donatella Di Pietrantonio (przekład Lucyna Rodziewicz-Doktór)
Niektóre historie, na pierwszy rzut oka niepozorne, zwodniczo proste i oszczędne w emocje i słowa, potrafią poruszyć do głębi – uderzyć we właściwe prozatorskie tony. I jedną z nich jest właśnie "Porzucona córka" – introspektywna podróż przez zakamarki dzieciństwa opowiedziana przez dorosłą kobietę głosem trzynastoletniej dziewczynki. W swojej bestsellerowej powieści Donatella Di Pietrantonio, włoska pisarka, eksploruje kwestie fizycznego i emocjonalnego porzucenia, trudnych rodzinnych relacji, macierzyństwa i społecznych nierówności. 


"Gdy miałam trzynaście lat, nie pamiętałam już swojej biologicznej matki. Z trudem wspinałam się po schodach z pękatą walizą i torbą mieszczącą wszystkie buty, jakie posiadałam. Na podeście przywitała mnie woń smażonych potraw i unoszące się w powietrzu oczekiwanie"

Dwukrotnie odrzucona sierota dwóch żyjących matek

Donatella Di Pietrantonio opowiada historię dziewczynki, która niespodziewanie, nagle i bez żadnego wyjaśnienia zostaje po trzynastu latach podrzucona pod drzwi i zwrócona biologicznej rodzinie. Dla bohaterki to moment przełomowy – w zaledwie kilka chwil cały jej dotychczasowy znany i bezpieczny świat rozpada się na kawałki i staje odległym wspomnieniem. Zamiast wygodnego domu nad morzem – ciemne i ciasne mieszkanie na prowincji. Zamiast miejskiego życia i szczęśliwego dzieciństwa jedynaczki – bieda i hałaśliwe rodzeństwo. Czy można mieć dwie matki? Dlaczego dorosłe kobiety przekazują sobie dziecko z rąk do rąk niczym przedmiot? I czy więzy krwi wystarczą, by zbudować rodzinne relacje? Arminuta (z włoskiego "ta, która wróciła"), jak nazwali ją szkolni rówieśnicy, z trudem przyzwyczaja się do nowej rzeczywistości i nie rozumie, z jakiego powodu została odesłana. Porzucenie jest dla niej jak jątrząca się rana w sercu – boli, uwiera i daje o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Trzynastolatka nie wie, kim jest i dokąd przynależy. Nie wie też, gdzie kończy się kłamstwo, a zaczyna prawda – musi sama znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Donatella Di Pietrantonio ukazuje długi proces poszukiwania prawdy, buntu, oswajania i akceptacji losu, stawiania czoła stracie oraz próby przystosowania się do nowych realiów. Podejmuje też tematy związane z macierzyństwem (poczuciem odpowiedzialności, troską i czułością) oraz relacją matka-córka naznaczonej żalem, poczuciem winy, gniewem i miłością. I sercem powieści czyni pogłębiającą się siostrzaną więź – więź, która dla głównej bohaterki staje się kołem ratunkowym i promykiem nadziei. To jeden z piękniejszych aspektów książki.


Można powiedzieć, że "Porzucona córka" jest niezwykła w swojej zwyczajności. Autorka odmalowuje przekrój życia lat 70. ubiegłego wieku – kreśli obraz włoskiej Abruzji pełnej kontrastów i sprzeczności, nieco archaicznej, szorstkiej i doświadczonej trudami codzienności. Głosem bohaterki opowiada o z pozoru nieistotnych epizodach, które z czasem układają się w przejmującą melodię. Donatella Di Pietrantonio nie potrzebuje sentymentalnych opisów i długich psychologicznych monologów – jest w stanie osiągnąć głębię przekazu za pomocą precyzyjnej i sugestywnej prozy skupionej na detalach. To właśnie one, drobne szczegóły, nadają fabule intensywności i emocjonalnej ekspresji. "Porzucona córka", dzięki pierwszoosobowej narracji i dziecięcej perspektywie, ma w sobie intymność, ale jednocześnie skłania do refleksji na temat uniwersalnych uczuć, przeżyć i doświadczeń. Donatella Di Pietrantonio wypełniła historię bohaterami drugoplanowymi, którzy są boleśnie prawdziwi i ludzcy. Oczami nastolatki widzimy dorosłych, którzy popełniają błędy i ulegają słabościom. Którzy mają w sobie dużo samotności, goryczy, rozczarowania i zagubienia. Urzekły mnie włoskie ramy, w które autorka wstawiła historię Arminuty. W "Porzuconej córce" widać paralele do twórczości Eleny Ferrante (nastoletnia przyjaźń, słowna oszczędność, mieszanka surowości i czułości, włoski realizm, edukacja) – i to jest coś, co miłośnicy jej twórczości pokochają – ale jednocześnie czuć, że Donatella Di Pietrantonio miała do opowiedzenia własną historię na swój własny sposób.

"Porzucona córka" to świetnie napisana, realistyczna i autentyczna powieść o porzuceniu, poczuciu braku przynależności, złamanych obietnicach, pustce, tęsknocie, wytrwałości i złożoności rodzinnych relacji. Prosta i na pozór surowa, ale z silnym przekazem, ciekawą, wielowymiarową bohaterką oraz nutą nadziei, empatii i światła w niełatwej i nieco mrocznej codzienności. Urzekająca i nieodkładalna. Koniecznie przeczytajcie, warto.












* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Mando.


Tytuł oryginalny: L'Arminuta
Przekład: Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo: Mando
Data wydania: 12 października 2022
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 224
Moja ocena: 5,5/6

20.9.22

"Wyspa zaginionych drzew" – Elif Shafak (przekład Natalia Wiśniewska)

"Wyspa zaginionych drzew" – Elif Shafak (przekład Natalia Wiśniewska)
Gdyby drzewa mogły przemawiać ludzkim językiem, jakie historie by nam opowiedziały?

W małym londyńskim ogrodzie, gdzieś między słodko pachnącym wiciokrzewem, bujną kamelią i leciwą leszczyną, rośnie ficus carica czyli drzewo figowe. Przywiezione przed laty jako mała sadzonka, zapuściło korzenie i rozkwitło. I choć angielska ziemia stała się jej domem, figa wciąż tęskni za ojczyzną – złotymi plażami, turkusową wodą i czystym niebem. Za zapachem gardenii, jaśminu i lawendy oraz ciepłem słońca. Za wyspą, na której spotykają się trzy kontynenty, dwa narody i dwie religie. Za wyspą, która przeszła wiele – spłynęła niegdyś krwią. Drzewo figowe pamięta. Ma Cypr w swoich korzeniach, a w genach melancholię. Podobnie jak szesnastoletnia Ada – urodzona w Londynie córka cypryjskiego Greka i cypryjskiej Turczynki. Wydaje się, że dziewczyna nosi w sobie smutek nie tylko swój własny, ale też ten przekazany jej w DNA. I to właśnie rosnąca w ogrodzie figa jest dla Ady jedynym łącznikiem – z wyspą, której nigdy nie odwiedziła i z burzliwą przeszłością rodziców i rodziny, której nigdy nie poznała. 


"Los jest kapryśny, a szczęście nie trwa wiecznie"

"Wyspa zaginionych drzew", nowa książka Elif Shafak, brytyjsko-tureckiej pisarki, to pięknie napisana, subtelna i urzekająca powieść o miłości, stracie, pamięci, tożsamości i niezwykłej mocy natury. O śmierci i zniszczeniu oraz odrodzeniu i przetrwaniu. Elif Shafak na tle burzliwej, skomplikowanej i bolesnej historii podzielonego Cypru snuje poruszającą opowieść o zakazanym uczuciu i jego pokoleniowych konsekwencjach. W książce historia miłości Kostasa, cypryjskiego Greka, oraz Defne, cypryjskiej Turczynki, splata się z losami kolejnego pokolenia – ich urodzonej w Anglii córki Ady. Elif Shafak zręcznie meandruje między przeszłością i współczesnością oraz eksploruje kwestie pokoleniowej traumy, migracji i pochodzenia. "Wyspa zaginionych drzew" to niezwykle sprytnie skonstruowana powieść. Przybliża historię Cypru – podziały, wojnę i długi proces gojenia ran – ale czyni to poprzez indywidualne losy mieszkańców wyspy. I tym samym łączy ważne kwestie polityczno-społeczne z intymnym i osobistym światem zwykłych ludzi. Z kart powieści wyłania się obraz pięknej, ale jednocześnie boleśnie doświadczonej wyspy pełnej nagromadzonego przez laty żalu, niewypowiedzianego smutku, z traumą, ranami, podziałami i trudną przeszłością, która stale obecna jest w teraźniejszości. Taki bagaż niosą ze sobą przez życie Kostas i Defne – zabrali go ze sobą do Londynu. I jeszcze konsekwencje zakazanego uczucia, które połączyło ich przed laty. Pochodzący z dwóch różnych światów, cypryjski Grek i cypryjska Turczynka, pokochali się wbrew rodzinom, tradycji i szalejącej na wyspie wojnie. On – łagodny, wrażliwy mężczyzna i miłośnik przyrody. Ona – pełna pasji i żywiołowa kobieta z silnym poczuciem sprawiedliwości. I jest jeszcze ich córka reprezentująca nowe pokolenie – Ada próbuje rozwikłać rodzinne sekrety i w ten sposób odnaleźć drogę do samej siebie. Elif Shafak z wrażliwością i czułością mierzy się ze skomplikowaną historią Cypru oraz z jeszcze bardziej złożonymi uczuciami i doświadczeniami swoich bohaterów. Ból tęsknoty, poczucie winy, żal, miłość, namiętność i nadzieja – wszystkie te emocje wydają się wręcz namacalne i czytelnik wyraźnie je odczuwa. Poprzez historię Defne, Kostasa i Ady, autorka zagłębia się w kwestie pokoleniowej traumy, migracji i pochodzenia. Czy nasze dzieci mogą zacząć od nowa z czystą kartą? A może dziedziczą smutek, melancholię i cierpienie przodków? Jak ważne są nasze pochodzenie i tożsamość? Czy można uciec przed przeszłością? Elif Shafak nie daje gotowych odpowiedzi, ale zachęca do refleksji. Pokazuje, że historie rodzinne nie docierają do nas wyłącznie poprzez opowieści, ale także na poziomie nieuświadomionym, bardziej subtelnie i nieuchwytnie.  

"Wierzą, że każde drzewo figowe ocalone przed burzą to czyjeś ocalone wspomnienie"

Elif Shafak sięga tym razem po niecodzienny sposób narracji – oddaje głos drzewu figowemu. I to właśnie ona, ficus carica, istota myśląca i czująca, wnosi do tej historii wyjątkową i oryginalną perspektywę. Figa z mądrością i czułością opowiada o Cyprze, swojej ojczyźnie, oraz o niełatwych losach Defne i Kostasa – jest świadkiem ich miłości, potajemnych spotkań i bolesnych rozstań. Przybliża też świat przyrody i ukazuje jego związek z człowiekiem. Sądzę, że Elif Shafak nie mogła dokonać lepszego wyboru. Dzięki tej figowej narracji książka zyskuje piękną oprawę – refleksyjną, liryczną i chwytającą za serce. Drzewo stanowi doskonały punkt wyjścia do rozważań na temat ekologii, zmian klimatu i znaczenia natury. Wspaniale koresponduje też metaforycznie z motywem przewodnim powieści – zakorzenieniem, migracją, pamięcią, pochodzeniem i tożsamością. I jest symbolem przetrwania – daje nadzieję, że jesteśmy w stanie przystosować się do nowych warunków i wzrastać, mimo trudnych doświadczeń i tęsknoty. Książka Elif Shafak pełna jest natury – natury, która przenika opowieść na różne sposoby. To piękny pean na cześć drzew, roślin i bioróżnorodności.


"Rodzinne traumy są jak gęsta, przeźroczysta żywica sącząca się z rozcięcia w korze. Skapują na kolejne pokolenia"

"Wyspa zaginionych drzew" to książka równie kosmopolityczna jak jej autorka. Elif Shafak z wielu elementów potrafi stworzyć spójną i wielobarwną całość. Uwielbiam sposób, w jaki łączy ze sobą świat ludzi i przyrody, tradycje i kulturę Zachodu i Wschodu, historię, legendy i kuchnię. Jej powieść przekracza granice rzeczywiste i metaforyczne, zachwyca różnorodnością i bogactwem detali – ma w sobie lokalny, cypryjski koloryt.


"Wyspa zaginionych drzew" to Elif Shafak w najlepszej odsłonie – popis literackiego talentu i wyobraźni oraz przepiękna, liryczna i dojrzała proza. Autorka potrafi wspaniale pisać zarówno o zwykłej codzienności, jak i o ludzkich dramatach i głębokim smutku. Cenię jej twórczość za empatię, błyskotliwość, kosmopolityczny charakter i melancholię ukrytą między wersami. Elif Shafak podarowała nam kolejną wyjątkową opowieść – o tożsamości, pochodzeniu i przynależności. O tym co miłość może uleczyć i czego uleczyć nie jest w stanie. O indywidualnej i zbiorowej traumie przekazywanej kolejnym pokoleniom oraz przeszłości, która jest kluczem do teraźniejszości.

Cudowna powieść – czytałam z przyjemnością. I zdecydowanie jeden z moich ulubionych tytułów Elif Shafak. Kocham i gorąco polecam. 












* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Tytuł oryginalny: The Island of Missing Trees
Przekład: Natalia Wiśniewska
Data wydania: 7 września 2022
Wydawnictwo: Poznańskie
Oprawa: twarda
Liczba stron: 480
Moja ocena: 6/6




12.9.22

"Rów Mariański" – Jasmin Schreiber (przekład Agnieszka Walczy)

"Rów Mariański" – Jasmin Schreiber (przekład Agnieszka Walczy)

11 000 metrów. W przybliżeniu taką głębokość ma Rów Mariański. Znajduje się w zachodniej części Oceanu Spokojnego i przypomina ogromną bliznę prowadzącą do środka Ziemi – w takim samym stopniu fascynuje, co przeraża. Właśnie tam, gdzie światło słoneczne nigdy nie dociera, żyją niezliczone, wciąż nieodkryte gatunki zwierząt. Dla Pauli, bohaterki książki Jasmin Schreiber, Rów Mariański jest symbolem jej własnego głębokiego i wszechogarniającego żalu i smutku. Od śmierci ukochanego brata kobieta czuje się tak, jakby spadła na samo dno – prosto w ciemność. Jakby nie mogła złapać oddechu i nie była w stanie wydostać się na powierzchnię. Choć minęły już dwa lata życie Pauli nadal stoi w miejscu, a jej żałoba i poczucie straty są tak głębokie jak głęboki jest Rów Mariański.

"Rów Mariański", literacki debiut Jasmin Schreiber, to opowieść o pogrążonej w żałobie młodej biolożce i jej nietypowej podróży – tej rzeczywistej – kamperem w towarzystwie ekscentrycznego staruszka – i tej metaforycznej – w głąb własnego serca.

Czy powieść o umieraniu, stracie i żałobie może być jednocześnie smutna, łamiąca serce, pełna radości i nadziei? Jasmin Schreiber udowadnia, że takie połączenie jest możliwe, i co ważne, wcale nie musi trącać banałem, sztucznością czy zażenowaniem. Zresztą czy tak właśnie nie wygląda nasza codzienność? Czy smutek i szczęście nie kroczą blisko siebie? Czy nie stanowią integralnej części naszego życia? Czy nie balansujemy nieustannie między tymi dwoma stanami?

Jasmin Schreiber o niezwykle trudnych i intymnych tematach – umieraniu i żałobie – pisze z wrażliwością, przenikliwością oraz słodko-gorzką mieszanką refleksji i humoru. Bez moralizatorskiego tonu i banalnych frazesów, ale za to z życiową trafnością i autentycznym zrozumieniem. Autorka wspaniale pokazuje, jak indywidualnym i złożonym doświadczeniem jest śmierć, smutek i żałoba. Że każdy z nas ma prawo przeżywać je na swój własny sposób i że nie istnieje tylko jeden przepis na radzenie sobie z bólem, samotnością, żalem i tęsknotą. W powieści Schreiber i Paula, i Frank stracili ukochaną osobę. To trudne doświadczenie zbliża ich do siebie i sprawia, że rozumieją się lepiej, choć i tak każde z nich przeżywa stratę inaczej. Zresztą bohaterów książki różni (i łączy) wiele – autorka stworzyła niezwykły duet, który śmieszy, wzrusza i rozczula.

Właściwie może się wydawać, że "Rów Mariański" to przede wszystkim opowieść o śmierci i mroku. Jednak nic bardziej mylnego – w książce Schreiber znacznie więcej jest życia i nadziei oraz tego jak je odzyskać, gdy otrzymujemy od losu potężny cios.

"Rów Mariański" przeczytałam jednym tchem, śmiejąc się i płacząc – czasami w tym samym momencie. Ta powieść łamała mi serce, by po chwili przykleić na nie plaster. Otuliła mnie też ciepłem, nadzieją i spokojem. Zaskakujące, że ma w sobie tak dużo smutku i radości, mroku i światła, śmierci i życia – ta słodko-gorzka mieszanka głęboko mnie poruszyła. Jasmin Schreiber pięknie uchwyciła wewnętrzną przemianę bohaterki i sprawiła, że poczułam z nią więź. Doceniam również metaforę Rowu Mariańskiego, elementy biologii morskiej oraz ideę podróży, wokół których autorka zbudowała opowieść.

"Ty byłeś orzeszkiem, ja zaś ochronną łupiną, a odkąd cię nie ma, czuję się pęknięta, pusta w środku i obrabowana"

Książka Jasmin Schreiber bez wątpienia ma urok. Porusza trudne tematy z lekkością, czułością i głębią. To opowieść o miłości i niezwykłej więzi między siostrą i bratem. O kruchości i ulotności życia, smutku, poczuciu winy, stracie i tęsknocie, które przytłaczają i nie pozwalają zaczerpnąć oddechu. O nadziei, długiej drodze do zrozumienia siebie oraz niełatwym procesie gojenia się ran. O przypadkowych spotkaniach i ludziach, którzy stają się dla nas ratunkiem w najtrudniejszych momentach. I o życiu, które ma w sobie przeróżne odcienie, podobnie jak nasze uczucia i emocje.

Pięknie napisany, udany literacki debiut – jednocześnie smutny, refleksyjny, zabawny i pokrzepiający. Przytulam do serca i gorąco polecam. Takie powieści czyta się i poleca z przyjemnością.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Otwarte.


Tytuł oryginalny: Marianengraben
Przekład: Agnieszka Walczy
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 7 września 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 272
Moja ocena: 5,5/6

9.9.22

"Belcanto" – Ann Patchett (przekład Anna Gralak)

"Belcanto" – Ann Patchett (przekład Anna Gralak)

Mówi się często, że muzyka, podobnie jak miłość, jest językiem uniwersalnym. Że potrafi zbliżyć do siebie ludzi pochodzących z różnych światów. I że jest w stanie przemówić do każdego, bez wyjątku. W książce Ann Patchett muzyka robi jednak coś znacznie większego – pomaga zrzucić maski i odnaleźć piękno w niespodziewanych momentach, a nawet niepostrzeżenie zaciera granice między dobrem a złem...

Gdzieś w Ameryce Południowej, w domu wiceprezydenta kraju, odbywa się wystawne przyjęcie urodzinowe na cześć ważnego japońskiego biznesmena, miłośnika opery. Wieczór wydaje się doskonały – międzynarodowa śmietanka towarzyska, pyszne jedzenie i hipnotyzujący sopran słynnej operowej śpiewaczki Roxane Coss. Wkrótce niespodziewanie gaśnie światło, a do budynku wdziera się terrorystyczna grupa. Jej uzbrojeni członkowie biorą gości jako zakładników. Godziny zmieniają się w dni, a dni w miesiące. To, co z początku wyglądało na przerażający i tragiczny scenariusz, zaczyna ewoluować w coś zupełnie innego. Między terrorystami a zakładnikami tworzą się relacje i niespodziewane więzi... Czy w takich okolicznościach jest miejsce na piękno, miłość i muzykę?

"Belcanto" Ann Patchett to utkana muzyką i operowym śpiewem elegancka, subtelna i przewrotna powieść, dla której inspiracją stały się prawdziwe wydarzenia z 1996 roku – przejęcie przez terrorystów japońskiej ambasady w Limie. Autorka zestawiła ze sobą grozę porwania, nudę kilkumiesięcznej bezczynności, intymne doświadczenia i powściągliwe emocje – i połączyła to wszystko melodią opery, miłości i piękna oraz niezwykłą harmonią współistnienia.

Ann Patchett nazywana jest często mistrzynią psychologicznego realizmu. I rzeczywiście, szybko okazuje się, że w "Belcanto" nie chodzi wcale o przemoc i terroryzm. Nie chodzi też o politykę. To, co naprawdę się liczy to ludzie – ich reakcje, uczucia i przemyślenia w obliczu niecodziennych wydarzeń, pod wpływem lęku, izolacji i bezradności. Patchett zmusza swoich bohaterów do niełatwej konfrontacji z fundamentalnymi pytaniami. Kim jestem? Czego naprawdę pragnę? Czy jestem szczęśliwy? Co w życiu jest dla mnie ważne?

"Belcanto" to przewrotna opowieść o zacieraniu granic i różnic oraz odkrywaniu nowych doświadczeń poprzez muzykę w zupełnie nieoczekiwanych i niecodziennych okolicznościach. To właśnie wokół pięknego śpiewu Roxane jednoczą się ludzie, których na pozór dzieli niemal wszystko – wiek, płeć, pochodzenie, status społeczny i ekonomiczny, zainteresowania, życiowe doświadczenia i pragnienia. Ann Patchett początkowo portretuje bohaterów książki na zasadzie kontrastów, szczególnie gdy zestawia ze sobą sylwetki terrorystów i zakładników. Z czasem stopniowo buduje skomplikowaną i delikatną sieć powiązań – tworzy relacje, które, wydawać by się mogło, nie mają prawa zaistnieć w podobnych okolicznościach. Czy to przejaw dwustronnego syndromu sztokholmskiego, a może czegoś zupełnie innego – współczucia, człowieczeństwa, potęgi muzyki i miłości? Może w sytuacji ciągłego, długotrwałego zagrożenia i stresu do głosu dochodzą głęboko skrywane uczucia, instynkty i pragnienia? Bohaterowie książki Ann Patchett stopniowo zapominają o dawnym życiu – zaczynają budować wspólnie bezpieczny i przewidywalny świat w czterech ścianach, w przyjemnym odizolowaniu od reszty społeczeństwa, rodziny, codziennych obowiązków i kłopotów. Ich językiem staje się muzyka. Autorka wspaniale oddała ten paradoks – uchwyciła subtelne zmiany zachodzące zarówno w relacjach międzyludzkich jak i w samych bohaterach. Z łatwością przeskakuje między tragedią, terrorem, romantyzmem i humorem, tkając przenikliwą i dość nietypową historię.

W "Belcanto" wiele jest niedopowiedzeń i ukrytych znaczeń, autorefleksyjnych podtekstów. Statyczna fabuła koncentruje się na uczuciach, emocjach, refleksjach, relacjach i więziach. Bywa duszno i klaustrofobiczne, bo "Belcanto" przez bardzo długi czas nie opuszcza pałacowego gmachu.

Ann Patchett potrafi przepięknie pisać. Jej proza jest liryczna i ekspresyjna – rozbrzmiewa i w głowie, i w sercu. Wydaje się, że niczym utalentowany i wprawny muzyk doskonale trafia w dźwięki – każde słowo jest na właściwym miejscu. Jednocześnie mimo tego całego prozatorskiego piękna autorce udaje się uniknąć sentymentalizmu, ckliwości i banału.

"Belcanto" to niespieszna opowieść o miłości, która czasami bywa wytworem przypadku i okoliczności. O silnych międzyludzkich relacjach, które powstają w niecodziennych sytuacjach – w odpowiedzi na zagrożenie lub tragedię. O wezwaniu do wyższej formy istnienia oraz mocy i znaczeniu sztuki. O tym, co łączy i dzieli, o kruchości i sile, które są w każdym z nas oraz o wolności – do bycia tym, kim chcemy, do kochania tego, kogo chcemy i czucia tego, co chcemy. Ta książka po cichu uwodzi, by ostatecznie wstrząsnąć lub pozostawić w melancholijnym zawieszeniu.

W "Belcanto" Ann Patchett opowiada nam słodko-gorzką historię – i robi to z gracją, urokiem i elegancją, w duchu opery. Piękna proza, interesujące studium postaci, płynnie i spokojnie prowadzona narracja... Czytałam z przyjemnością. Po prostu. Może nie porwała mnie tak bardzo jak "Dom Holendrów" ("Belcanto" to zupełnie inna bajka), ale znalazłam w niej jakiś niecodzienny powab i efemeryczny wdzięk, coś hipnotyzującego i melancholijnego, coś co skłoniło mnie do przewracania kolejnych stron. Z uwagi na brak dramatycznego napięcia i statyczną fabułę, "Belcanto" to świetna propozycja dla czytelników, którzy piękno prozy cenią ponad konwencjonalną treść. I dla tych, którzy lubią książki utrzymane w stylu za zamkniętymi drzwiami. Warto przeczytać.











* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Znak.


Tytuł oryginalny: Bel Canto
Przekład: Anna Gralak
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 7 września 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 350
Moja ocena: 5/6

24.8.22

"Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" – Dave Cullen (przekład Adrian Stachowski)

"Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" – Dave Cullen (przekład Adrian Stachowski)

20 kwietnia 1999 roku 18-letni Eric Harris i 17-letni Dylan Klebold, dwaj uczniowie ostatniej klasy, przekroczyli próg liceum Columbine z zamiarem dokonania zamachu i zabicia jak największej liczby osób. Gdy podłożone w szkolnej stołówce bomby nie wybuchły, uzbrojeni sprawcy otworzyli ogień – skierowali broń w stronę swoich rówieśników i nauczycieli. Zastrzelili trzynastu z nich, a dwudziestu czterech ciężko ranili. Wydarzenia wstrząsnęły lokalną społecznością i odbiły się szerokim echem w Stanach Zjednoczonych. Przeszły też do historii jako "masakra w Columbine" – pierwsza tak duża i tragiczna w skutkach szkolna strzelanina. Obok szoku, gniewu i smutku pojawiły się wówczas pytania dotyczące działalności służb i mediów, bezpieczeństwa, dostępu do broni oraz sposobów przeciwdziałania podobnym zdarzeniom w przyszłości. Wiele osób zastanawiało się, dlaczego w ogóle doszło do tej tragedii – co skłoniło dwóch nastolatków, by sięgnąć po broń. Masakra w Columbine stała się, jak twierdzi Dave Cullen, punktem zwrotnym – "rozpoczęła erę szkolnego zamachowca" – cykl performatywnej przemocy z użyciem broni.

"Tego, co działo się w tej szkole, nikt nie mógł sobie wyobrazić, ale jeszcze gorsze okazały się następstwa tamtych wydarzeń"

Dave Cullen, amerykański dziennikarz, 20 kwietnia 1999 był na miejscu zdarzenia. Tematem Columbine zajmował się przez kolejne dziesięć lat. Efektem jego pracy jest książka "Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" – współczesny reportaż z gatunku true crime poświęcony jednej z najgłośniejszych szkolnych strzelanin. Na podstawie obszernego materiału dowodowego, policyjnych raportów i nagrań, a także setek rozmów przeprowadzonych z ocalałymi, świadkami, rodzinami, członkami lokalnej społeczności oraz ekspertami, Cullen nie tylko zrekonstruował przebieg wydarzeń z 20 kwietnia 1999 roku, ale stworzył skrupulatny i dogłębny obraz tragedii Columbine z uwzględnieniem przed i po. Jego książka stanowi próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie dlaczego oraz, jak sam twierdzi, powstała m.in. po to, by móc obnażyć mity i legendy, w które obrosły wydarzenia w Columbine.

Publikacja Cullena zwraca uwagę starannością, skrupulatnością i szerokim, pogłębionym spojrzeniem. Można powiedzieć, że autor, dzięki wieloletniej pracy, poskładał wiele różnych elementów w spójną całość – przedstawił odcienie tragedii w ujęciu indywidualnym i zbiorowym. Oprócz zwykłego co, gdzie i kiedy, otrzymaliśmy znacznie więcej.  Powołując się m.in. na osobiste zapiski i nagrania Harrisa i Klebolda, wspomnienia i relacje rodziny i rówieśników, dokumenty ze śledztwa i ekspertyzy specjalistów, Cullen  pochyla się nad rysem psychologicznym  sprawców i rzuca światło na ich życie przed zamachem. To opowieść o dwóch nastolatkach, którzy stopniowo realizowali plan i zbliżali się do popełnienia zbrodni. O ich motywach, osobowościach i sposobie w jaki na siebie oddziaływali. O depresji, psychopatycznych skłonnościach, poczuciu niedopasowania, szkolnej społeczności Columbine oraz niepokojących symptomach, które zlekceważono lub których nie zauważono. Bez wątpienia ciekawym, ale i bolesnym aspektem historii jest sytuacja, w jakiej znaleźli się rodzice sprawców – zagubieni, w żałobie, przez wielu obarczani winą i odpowiedzialnością za czyny popełnione przez ich dzieci. Ale Cullen nie koncentruje się wyłącznie na sprawcach – oddaje głos ofiarom, świadkom i ich rodzinom. "Columbine" to poruszające studium traumy – straty, żałoby, lęku, nadziei, leczenia ran fizycznych i psychicznych oraz próby odnalezienia się w nowej, trudnej sytuacji. To obraz życia przed i po oddzielonych na zawsze grubą kreską. Cullen opisuje, jak masakra naznaczyła uczestników wydarzeń i ich bliskich oraz w jaki sposób wpłynęła na lokalną społeczność, a w szerszym kontekście, jak odbiła się echem w całym amerykańskim społeczeństwie. Jedną z ważniejszych kwestii reportażu Cullena są działania mediów – ich odpowiedzialność w zakresie rzetelnego przekazywania informacji. Autor wskazuje na zaniedbania i błędy, które popełniono w sprawie Columbine i które, wspólnie ze strachem, zamieszaniem, niemożnością zrozumienia przyczyn oraz pogonią za sensacją, doprowadziły m.in. do powstania szkodliwych i niebezpiecznych mitów i przekłamań.

"Nie skreślimy mitów już spisanych. Ale możemy je obnażyć"

Publikacja Cullena to napisany z szacunkiem i empatią, kompleksowy i wnikliwy reportaż ukazujący wieloaspektowo i wielowymiarowo tragedię Columbine i jej konsekwencje. Książka skłania do refleksji, wzbudza smutek, współczucie i lęk. Podejmuje wiele ważnych kwestii z zakresu psychologii (m.in. zagadnienia dotyczące żałoby, zespołu stresu pourazowego i motywów działania sprawców), socjologii (m.in. efekt społeczny Columbine) oraz kryminalistyki. Pozwala z większą świadomością spojrzeć na trudne i skomplikowane zjawisko szkolnych strzelanin (i poznać amerykański punkt widzenia).  Poruszyły mnie indywidualne historie uczestników wydarzeń – książka Cullena wzbudza wiele emocji. "Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" to rewelacyjna literatura faktu – świetnie napisany reportaż true crime, który czyta się jednym tchem i który zostawia w czytelniku ślad. Jedna z ważniejszych książek serii reporterskiej Poznańskiego. Polecam – warto.





* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Tytuł oryginalny: Columbine
Przekład: Adrian Stachowski
Wydawnictwo: Poznańskie
Seria: Reporterska
Data wydania: 10 sierpnia 2022
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 636
Moja ocena: 5,5/6

10.8.22

"Miasto w chmurach" – Anthony Doerr (przekład Jerzy Kozłowski)

"Miasto w chmurach" – Anthony Doerr (przekład Jerzy Kozłowski)

Wielu jest wśród nas marzycieli. Pragną lepszego życia, czegoś wyjątkowego, tego co z pozoru niemożliwe i nieosiągalne, poza zasięgiem i horyzontem ludzkiego wzroku. Pasterz Aeton z greckiej opowieści też bardzo czegoś pragnął. Wierzył, że daleko w chmurach między ziemią a niebem znajduje się cudowne miasto dostępne jedynie dla tych, którzy mają skrzydła. Miasto o złotych wieżach unoszące się na obłokach, gdzie nie ma cierpienia, a są tylko szczęście, dobrobyt i mądrość. Aeton chciał zamienić się w ptaka i odlecieć do utopijnego Chmurokukułkowa. Sądzicie, że spełnił marzenie i odnalazł tam szczęście? I skąd właściwie w człowieku ta silna potrzeba, by wciąż szukać czegoś nowego? Czy nie może wystarczyć nam to, co mamy?

Marzycielami i outsiderami są również bohaterowie nowej książki Anthony'ego Doerra, laureata Nagrody Pulitzera. Każde z nich doświadcza poczucia wyobcowania i niedopasowania. Każde zmaga się z realiami epoki, w której żyje. Każde ma w sobie iskrę idealisty.

Konstantynopol, 1453 rok. Osierocona Anna odkrywa moc słowa pisanego za sprawą starożytnych rękopisów. Podczas oblężenia miasta jej losy krzyżują się niespodziewanie z losami "przeklętego" Omeira, chłopca pochodzącego z małej górskiej wioski.

Współczesne amerykańskie Idaho. Zeno, osiemdziesięcioletni weteran wojny koreańskiej próbuje uratować dzieci i miejską bibliotekę przed wybuchem bomby podłożonej przez nastoletniego Seymoura.

Przyszłość, statek kosmiczny Argos. Czternastoletnia Konstance bierze udział w misji, której celem jest zasiedlenie przez ludzi odległej planety Betha Oph2. Dziewczynka trafia na teksty literackie z przeszłości. To, co odkryje, na zawsze odmieni jej losy.

Opowieść w opowieści

"Miasto w chmurach" to niezwykle pomysłowa książka, która łączy w sobie wiele różnych elementów – niczym wielobarwny gobelin misternie utkany z czasów, miejsc i postaci, doprawiony odrobiną mitologii, baśniowości, starożytnej literatury i ekologii. Anthony Doerr zabiera czytelników w fascynującą podróż w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Czytelnik przedziera się przez gwarne, tętniące życiem ulice piętnastowiecznego Konstantynopola, by po chwili znaleźć się na hermetycznie zamkniętym, sterylnym statku kosmicznym. Autor absolutnie zachwycił mnie nie tylko wiedzą i wyobraźnią, ale także imponującym warsztatem literackim. Zaskakujące, że był w stanie tak umiejętnie połączyć ze sobą zupełnie odmienne historie, różne głosy, wątki i linie czasowe, tworząc spójną, atrakcyjną i przemyślaną książkę. Doerr sprawił, że z pozoru niemożliwe skoki w czasie i przestrzeni wydają się zupełnie naturalne. Splótł też ze sobą cienką nicią uniwersalne kwestie – zmiany klimatyczne, terroryzm, samotne macierzyństwo, trudności ekonomiczne, postęp, nowe technologie, wojenną traumę i znacznie więcej. Pomiędzy pierwszą i ostatnią stroną rozciąga się niemal wszystko – od narodzin i śmierci przez miłość i nienawiść aż po wojnę i pokój. Doerr z łatwością dzieli książkową rzeczywistość na setki kawałków i z taką samą łatwością łączy je w całość. I to właśnie ta złożoność, oprócz pięknej, sugestywnej prozy, wywarła na mnie największe wrażenie.

"Każda z tych książek jest drzwiami, bramą do innego miejsca, innego czasu"

Potężna moc książek

Losy bohaterów książki przecinają się na przestrzeni wieków za sprawą starożytnego rękopisu – opowieści o pasterzu Aetonie i jego podróży do złotego miasta w chmurach. Wydaje się, że "Chmurokukułków" pojawia się w ich życiu w momencie, gdy najbardziej tego potrzebują. Anthony Doerr zadedykował "Miasto w chmurach" bibliotekarzom. Jego powieść to piękny pean na cześć literatury oraz ludzi, którzy przekazują słowo pisane i strzegą literackiego dziedzictwa dla przyszłych pokoleń. To opowieść o niezwykłej mocy książek, o pamiętaniu i zapominaniu, o umiejętności czytania i pisania, które przynoszą ze sobą nowe możliwości i przesuwają horyzonty. "Miasto w chmurach" wspaniale pokazuje, jak wiele zawdzięczamy słowu pisanemu. Że są historie, które żyją w nas i dzięki temu stają się nieśmiertelne. Że książki są w stanie kształtować nasz los i przeznaczenie. Że pozwalają nam wymknąć się z pułapki – prawdziwej lub metaforycznej. Że mogą być oknem na świat, ucieczką, nadzieją i pomocną dłonią w trudnych momentach. To bez wątpienia piękny przekaz płynący z książki Doerra.

By nie zostać zapomnianym

"Miasto w chmurach" to ambitna, szkatułkowa, napisana piękną prozą, z pasją i intensywnością książka. Wymaga skupienia (szczególnie na początku, gdy przeskoki w czasie mogą dezorientować), ale kiedy już wciągnie, zamienia się w literacką ucztę. Anthony Doerr stworzył opowieść o kruchości istnienia, przemijaniu, znaczeniu i mocy książek, odkrywaniu siebie i swojego miejsca. O dążeniu do prawdy, przekraczaniu granic wyobraźni, o miłości, nadziei i marzeniach. "Miasto w chmurach" uświadamia, jak silna istnieje zależność między ludźmi i planetą oraz jak misternie utkana jest sieć powiązań w czasie i przestrzeni. Skłania do przemyśleń na temat naszego miejsca w świecie oraz ingerencji człowieka w przyrodę i klimat.

"Nie poddawaj się tak szybko. Czasem myślimy, że coś przepadło, a tymczasem tylko się schowało i czeka na odnalezienie"

Pokochałam Doerra za "Światło, którego nie widać" i cóż... za "Miasto w chmurach" kocham go jeszcze bardziej. I podziwiam – za popis wyobraźni, wiedzy i literackiego warsztatu. Idealna propozycja dla miłośników literatury pięknej oraz dla osób, które kochają książki. I jedna z tych publikacji, do których chce się wracać (po przeczytaniu ostatniej strony miałam ochotę zacząć od początku:).

Niepowtarzalna podróż, którą warto odbyć. Gorąco polecam.








* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Tytuł oryginalny: Cloud Cuckoo Land
Przekład: Jerzy Kozłowski
Wydawnictwo: Poznańskie
Data wydania: 10 sierpnia 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 648
Moja ocena: 5,5/6

Copyright © w ogrodzie liter , Blogger