7.11.22
"Listy Noel" – Richard Paul Evans (przekład Hanna de Broekere) /Recenzja ambasadorska/
5.11.22
"Krótko i szczęśliwie. Historie późnych miłości" – Agata Romaniuk
20.10.22
"Bogowie tanga" – Carolina de Robertis (przekład Anna Dobrzańska)
"Dźwięki ją zniewalały. Przenikały do kości i sprawiały, że krew krążyła szybciej w żyłach. Nie znała się; nagle przyszło jej do głowy, że nie wie nic, kompletnie nic o świecie. Że nie może nic wiedzieć, skoro nie miała pojęcia, że istnieją takie uczucia, takie dźwięki, taka bezsenność, melodia bogata niczym noc"
Leda pragnęła uciec przed bolesną przeszłością. Argentyna miała być jej ziemią obiecaną – nowym rozdziałem oraz niepowtarzalną szansą na szczęście i lepsze życie. Kiedy jednak po latach oczekiwania i długiej podróży dociera w końcu do zatłoczonego i gorącego Buenos Aires, jej marzenia w jednej chwili roztrzaskują się na milion kawałków. Leda dowiaduje się, że została wdową – bez środków do życia, w obcym mieście i wśród obcych ludzi. Ratunkiem i drogą do wolności w męskim, brutalnym świecie staje się dla niej miłość do muzyki i stare skrzypce, które przepłynęły z nią Atlantyk. Leda obcina włosy i bandażuje piersi – przemienia się w młodego mężczyznę i dołącza do grupy artystów grających tango. W ten sposób otwiera się przed nią nowy, zakazny świat, równie kuszący co niebezpieczny...
Cóż za barwna, tętniąca życiem i zmysłowa powieść! Książka de Robertis iskrzy – żarem uczuć, dzikością, seksualnością, melodią tanga, namiętności, wolności i buntu. Opowieść o kobiecie, która łamie tabu i podąża za pragnieniami splata się ciasno z realiami życia w Argentynie pierwszych dekad XX wieku. De Robertis ożywia imigranckie slumsy, ciemne zaułki, zatęchłe czynszówki, pełne rozpusty burdele i owiane złą sławą kabarety – świat, który wodzi na pokuszenie, który potrafi uszczęśliwić lub zniszczyć. W powieści zacierają się granice, wszystko jest bardziej intensywne i mocniej działające na wyobraźnię.
Carolina De Robertis podarowała nam opowieść o kobiecej sile i determinacji, o szukaniu swojego miejsca i odkrywaniu siebie – swojej tożsamości i seksualności. O silnym pragnieniu wolności, podążaniu za głosem serca, wielkiej pasji i odwadze – by iść własną drogą na własnych zasadach, nawet za cenę społecznego odrzucenia. "Bogowie tanga" pokazują, że wolność mamy w sobie. Że warto wziąć los w swoje ręce i podążyć za marzeniami.
Liryczna, urzekająca i hipnotyzująca. Niesie czytelnika dźwiękami muzyki i miasta. To piękny pean na cześć kobiecej siły, miłości i argentyńskiego tanga.
* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Albatros.
Tytuł oryginalny: The Gods of Tango
Przekład: Anna Dobrzańska
Wydawnictwo: Albatros
Seria: Piąta Strona Świata
Data wydania: 28 września 2022 (wydanie II)
Oprawa: twarda
Liczba stron: 416
Moja ocena: 5/6
19.10.22
"Bieszczadzka kolęda" – Aleksandra Rak /patronat medialny/
"Los uwielbiał płatać jej figle. Raz po raz przypominał o sobie, o tym, że jest nieprzewidywalny i że nawet najbardziej dopracowany plan może ulec gwałtownej zmianie"
"Być razem, bez tych wszystkich problemów, smutków i wyrzutów. Choć przez chwilę... z tymi, których kochamy"
15.10.22
"Coraz mniej światła" – Nino Haratischwili (przekład Irena Dębek)
Urodzona w 1983 roku w Tblisi i mieszkająca od ponad 20 lat w Niemczech Nino Haratischwili, gruzińska reżyserka teatralna, powieścio- i dramatopisarka, autorka bestsellerowej sagi "Ósme życie (dla Brilki)" powraca z nową książką – przejmującą opowieścią o bezwarunkowej przyjaźni silniejszej niż śmierć, dojrzewaniu na tle burzliwej historii Gruzji oraz pokoleniu, któremu podcięto skrzydła tuż u progu dorosłego życia. W "Coraz mniej światła" bezwzględny mrok, chaos i horror postsowieckich czasów splatają się z indywidualnymi losami czterech młodych dziewczyn. To, co wówczas przeżywają i doświadczają, zmienia je i kształtuje. Odtąd przeszłość już zawsze będzie obecna w ich życiu – w postaci słodko-gorzkich wspomnień, niezabliźnionych ran w sercu, nieukojonych tęsknot, powracających wyrzutów sumienia. I w czarno-białych fotografiach – kadrach, w których zatrzymał się czas.
"Stoję jak zahipnotyzowana, nie jestem w stanie ruszyć się z miejsca, a obrazy zaczynają zalewać mi głowę, nie mam wyjścia, muszę poddać się ich nurtowi, nie ma sensu walczyć z czymś, co jest jak żywioł"
Konfrontacja z przeszłością
Bruksela, 2019. Trzy kobiety spotykają się po wielu latach w Centrum Sztuk Pięknych na wystawie fotograficznej ku pamięci słynnej autorki zdjęć – ich zmarłej przyjaciółki. Retrospektywa staje się nie tylko okazją do niezwykłej podróży w przeszłość, ale też do bolesnej konfrontacji ze wspomnieniami, tłumionym latami żalem oraz z przebaczeniem, które tak długo wydawało się niemożliwe. Czarno-białe fotografie ożywiają sceny z dawnego życia oraz uczucia, często te najbardziej intymne i łamiące serce. Bohaterki książki cofają się do lat młodości – wielkich nadziei, pierwszych miłości i rozczarowań, złamanych obietnic, druzgocących strat i roztrzaskanych marzeń. Do Gruzji stojącej u progu burzliwych przemian – chaosu, przemocy i mroku, które wkradły się nie tylko do codziennego życia, ale też do ludzkich snów i serc.
"Coraz mniej światła" to książka monumentalna i napisana z rozmachem – łączy w sobie indywidualne losy i wielką historię. Nino Haratischwili meandruje między współczesną Brukselą, a retrospekcjami – opowieścią, dla której tłem uczyniła swoją ojczyznę – Gruzję lat 80. i 90. ubiegłego stulecia. Z książki wyłania się obraz kraju silnie doświadczonego i podzielonego, uwikłanego w konflikty i staczającego się w chaos, przemoc i walkę o władzę. To Gruzja, która po rozpadzie Związku Radzieckiego zamiast czuć radości z wyzwolenia musi mierzyć się z wojną domową, zamieszkami, aresztowaniami, racjami żywnościowymi i kolejkami po chleb, awariami prądu, korupcją i niepewnością jutra. Nino Haratischwili ukazuje ówczesne realia – rozpad ZSRR i transformację ustrojową ze wschodniej perspektywy. Dzięki autorce czytelnik zanurza się głęboko w gruzińską historię, i co ważne, robi to w sposób naturalny i niewymuszony, płynąc z nurtem fabuły. Bo Gruzja w powieści Haratischwili nie stanowi jedynie tła – staje się niemal jednym z bohaterów. Wciąż przed oczami mam sugestywne opisy Tblisi – mikroświata czterech dorastających dziewczyn. Ich codzienne życie toczy się między drewnianymi balkonami, małym podwórkiem i w czterech ścianach ciasnych mieszkań, na zatłoczonych ulicach i w uczelnianych murach. "Coraz mniej światła" ma w sobie powiew wschodu, postsowiecką spuściznę i gruzińskość, która przenika fabułę. Haratischwili wie, jak ożywić minioną epokę i ducha czasu oraz jak splatać ze sobą ludzkie losy.
Przyjaźń w czasach niepokoju
W zmieniającym się, ogarniętym chaosem, ale też tętniącym życiem Tbilisi dorastają cztery przyjaciółki: spragniona wolności i pełna życia Dina, rozsądna i pragmatyczna Ira, romantyczna Nene, siostrzenica najpotężniejszego przestępcy w Tbilisi, oraz wrażliwa, wychowująca się bez matki Keto. Różni je wiele, ale łączy jeszcze więcej – pragnienie miłości i akceptacji oraz marzenia o lepszym życiu. I przyjaźń, która utrzymuje je na powierzchni i staje się źródłem nadziei w niespokojnych czasach. Nino Haratischwili kreśli głębokie i przejmujące portrety bohaterów, pierwszo- i drugoplanowych. Otacza ich złożoną i skomplikowaną siecią powiązań – rodziny, przyjaciół i wrogów. Towarzyszymy im od późnego beztroskiego dzieciństwa, przez burzliwe dojrzewanie, aż po bolesną dorosłość – w spirali miłości, szczęścia, rozpaczy i cierpienia. Na oczach czytelnika zmienia się Gruzja i zmieniają się Dina, Nene, Ira i Keto. To właśnie oczami tej ostatniej poznajemy wydarzenia i historię ich przyjaźni. Każda z dziewcząt na swój własny sposób próbuje przetrwać i poradzić sobie z grozą codzienności, skomplikowanymi relacjami i losem, który nie jest dla nich łaskawy. "Coraz mniej światła" to opowieść o przyjaźni, miłości, nadziei i śmierci. O walce z przeznaczeniem, młodzieńczym buncie, który przeradza się w okrutną przemoc, przymusowych małżeństwach, wątpliwościach moralnych oraz destrukcyjnym wpływie patriarchatu na miłość, związki i rodzinę. Wiele jest w niej pięknych i tragicznych momentów. Nie sposób nie zachwycić się intensywnością emocji, realizmem, mieszanką mroku i światła – światła, którego choć coraz mniej, nigdy całkowicie nie brakuje.
"Cały ten czas to jedno wielkie stanie w kolejce: po lepszą siebie, po lepszy świat i lepszego Lewana, ale zdaje się, że nigdy nie dotarłam do celu. Dlatego tamtej nocy po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy nie nadszedł już czas, żeby wyjść z tego ogonka"
Nino Haratischwili utkała z detali epicką powieść, krok po kroku rozwijając historię i nadając jej głębi. "Coraz mniej światła" niepostrzeżenie wciąga i staje się bliska. Zwraca uwagę panoramicznym, ale jednocześnie intymnym spojrzeniem, interesującym historycznym tłem, wielowątkową fabułą oraz przejmującym obrazem pokolenia młodych Gruzinów wkraczających w dorosłość w okresie dramatycznych przemian. Nino Haratischwili stworzyła opowieść o miłości aż do bólu, przyjaźni silniejszej niż śmierć, straconych szansach i wielkich nadziejach. O trudnych wyborach i dramatycznych wydarzeniach, które na zawsze odmieniają życie. "Coraz mniej światła" to również wyjątkowy hołd złożony Gruzji, miastu Tbilisi i jego mieszkańcom.
* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Otwarte.
Tytuł oryginalny: Das mangelnde Licht
Przekład: Irena Dębek
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 12 października 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 768
Moja ocena: 6/6
13.10.22
"Porzucona córka" – Donatella Di Pietrantonio (przekład Lucyna Rodziewicz-Doktór)
"Gdy miałam trzynaście lat, nie pamiętałam już swojej biologicznej matki. Z trudem wspinałam się po schodach z pękatą walizą i torbą mieszczącą wszystkie buty, jakie posiadałam. Na podeście przywitała mnie woń smażonych potraw i unoszące się w powietrzu oczekiwanie"
20.9.22
"Wyspa zaginionych drzew" – Elif Shafak (przekład Natalia Wiśniewska)
"Los jest kapryśny, a szczęście nie trwa wiecznie"
"Wierzą, że każde drzewo figowe ocalone przed burzą to czyjeś ocalone wspomnienie"
"Rodzinne traumy są jak gęsta, przeźroczysta żywica sącząca się z rozcięcia w korze. Skapują na kolejne pokolenia"
12.9.22
"Rów Mariański" – Jasmin Schreiber (przekład Agnieszka Walczy)
11 000 metrów. W przybliżeniu taką głębokość ma Rów Mariański. Znajduje się w zachodniej części Oceanu Spokojnego i przypomina ogromną bliznę prowadzącą do środka Ziemi – w takim samym stopniu fascynuje, co przeraża. Właśnie tam, gdzie światło słoneczne nigdy nie dociera, żyją niezliczone, wciąż nieodkryte gatunki zwierząt. Dla Pauli, bohaterki książki Jasmin Schreiber, Rów Mariański jest symbolem jej własnego głębokiego i wszechogarniającego żalu i smutku. Od śmierci ukochanego brata kobieta czuje się tak, jakby spadła na samo dno – prosto w ciemność. Jakby nie mogła złapać oddechu i nie była w stanie wydostać się na powierzchnię. Choć minęły już dwa lata życie Pauli nadal stoi w miejscu, a jej żałoba i poczucie straty są tak głębokie jak głęboki jest Rów Mariański.
"Rów Mariański", literacki debiut Jasmin Schreiber, to opowieść o pogrążonej w żałobie młodej biolożce i jej nietypowej podróży – tej rzeczywistej – kamperem w towarzystwie ekscentrycznego staruszka – i tej metaforycznej – w głąb własnego serca.
Czy powieść o umieraniu, stracie i żałobie może być jednocześnie smutna, łamiąca serce, pełna radości i nadziei? Jasmin Schreiber udowadnia, że takie połączenie jest możliwe, i co ważne, wcale nie musi trącać banałem, sztucznością czy zażenowaniem. Zresztą czy tak właśnie nie wygląda nasza codzienność? Czy smutek i szczęście nie kroczą blisko siebie? Czy nie stanowią integralnej części naszego życia? Czy nie balansujemy nieustannie między tymi dwoma stanami?
Jasmin Schreiber o niezwykle trudnych i intymnych tematach – umieraniu i żałobie – pisze z wrażliwością, przenikliwością oraz słodko-gorzką mieszanką refleksji i humoru. Bez moralizatorskiego tonu i banalnych frazesów, ale za to z życiową trafnością i autentycznym zrozumieniem. Autorka wspaniale pokazuje, jak indywidualnym i złożonym doświadczeniem jest śmierć, smutek i żałoba. Że każdy z nas ma prawo przeżywać je na swój własny sposób i że nie istnieje tylko jeden przepis na radzenie sobie z bólem, samotnością, żalem i tęsknotą. W powieści Schreiber i Paula, i Frank stracili ukochaną osobę. To trudne doświadczenie zbliża ich do siebie i sprawia, że rozumieją się lepiej, choć i tak każde z nich przeżywa stratę inaczej. Zresztą bohaterów książki różni (i łączy) wiele – autorka stworzyła niezwykły duet, który śmieszy, wzrusza i rozczula.
Właściwie może się wydawać, że "Rów Mariański" to przede wszystkim opowieść o śmierci i mroku. Jednak nic bardziej mylnego – w książce Schreiber znacznie więcej jest życia i nadziei oraz tego jak je odzyskać, gdy otrzymujemy od losu potężny cios.
"Rów Mariański" przeczytałam jednym tchem, śmiejąc się i płacząc – czasami w tym samym momencie. Ta powieść łamała mi serce, by po chwili przykleić na nie plaster. Otuliła mnie też ciepłem, nadzieją i spokojem. Zaskakujące, że ma w sobie tak dużo smutku i radości, mroku i światła, śmierci i życia – ta słodko-gorzka mieszanka głęboko mnie poruszyła. Jasmin Schreiber pięknie uchwyciła wewnętrzną przemianę bohaterki i sprawiła, że poczułam z nią więź. Doceniam również metaforę Rowu Mariańskiego, elementy biologii morskiej oraz ideę podróży, wokół których autorka zbudowała opowieść.
"Ty byłeś orzeszkiem, ja zaś ochronną łupiną, a odkąd cię nie ma, czuję się pęknięta, pusta w środku i obrabowana"
Książka Jasmin Schreiber bez wątpienia ma urok. Porusza trudne tematy z lekkością, czułością i głębią. To opowieść o miłości i niezwykłej więzi między siostrą i bratem. O kruchości i ulotności życia, smutku, poczuciu winy, stracie i tęsknocie, które przytłaczają i nie pozwalają zaczerpnąć oddechu. O nadziei, długiej drodze do zrozumienia siebie oraz niełatwym procesie gojenia się ran. O przypadkowych spotkaniach i ludziach, którzy stają się dla nas ratunkiem w najtrudniejszych momentach. I o życiu, które ma w sobie przeróżne odcienie, podobnie jak nasze uczucia i emocje.
Pięknie napisany, udany literacki debiut – jednocześnie smutny, refleksyjny, zabawny i pokrzepiający. Przytulam do serca i gorąco polecam. Takie powieści czyta się i poleca z przyjemnością.
* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Otwarte.
Tytuł oryginalny: Marianengraben
Przekład: Agnieszka Walczy
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 7 września 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 272
Moja ocena: 5,5/6
9.9.22
"Belcanto" – Ann Patchett (przekład Anna Gralak)
Mówi się często, że muzyka, podobnie jak miłość, jest językiem uniwersalnym. Że potrafi zbliżyć do siebie ludzi pochodzących z różnych światów. I że jest w stanie przemówić do każdego, bez wyjątku. W książce Ann Patchett muzyka robi jednak coś znacznie większego – pomaga zrzucić maski i odnaleźć piękno w niespodziewanych momentach, a nawet niepostrzeżenie zaciera granice między dobrem a złem...
Gdzieś w Ameryce Południowej, w domu wiceprezydenta kraju, odbywa się wystawne przyjęcie urodzinowe na cześć ważnego japońskiego biznesmena, miłośnika opery. Wieczór wydaje się doskonały – międzynarodowa śmietanka towarzyska, pyszne jedzenie i hipnotyzujący sopran słynnej operowej śpiewaczki Roxane Coss. Wkrótce niespodziewanie gaśnie światło, a do budynku wdziera się terrorystyczna grupa. Jej uzbrojeni członkowie biorą gości jako zakładników. Godziny zmieniają się w dni, a dni w miesiące. To, co z początku wyglądało na przerażający i tragiczny scenariusz, zaczyna ewoluować w coś zupełnie innego. Między terrorystami a zakładnikami tworzą się relacje i niespodziewane więzi... Czy w takich okolicznościach jest miejsce na piękno, miłość i muzykę?
"Belcanto" Ann Patchett to utkana muzyką i operowym śpiewem elegancka, subtelna i przewrotna powieść, dla której inspiracją stały się prawdziwe wydarzenia z 1996 roku – przejęcie przez terrorystów japońskiej ambasady w Limie. Autorka zestawiła ze sobą grozę porwania, nudę kilkumiesięcznej bezczynności, intymne doświadczenia i powściągliwe emocje – i połączyła to wszystko melodią opery, miłości i piękna oraz niezwykłą harmonią współistnienia.
Ann Patchett nazywana jest często mistrzynią psychologicznego realizmu. I rzeczywiście, szybko okazuje się, że w "Belcanto" nie chodzi wcale o przemoc i terroryzm. Nie chodzi też o politykę. To, co naprawdę się liczy to ludzie – ich reakcje, uczucia i przemyślenia w obliczu niecodziennych wydarzeń, pod wpływem lęku, izolacji i bezradności. Patchett zmusza swoich bohaterów do niełatwej konfrontacji z fundamentalnymi pytaniami. Kim jestem? Czego naprawdę pragnę? Czy jestem szczęśliwy? Co w życiu jest dla mnie ważne?
"Belcanto" to przewrotna opowieść o zacieraniu granic i różnic oraz odkrywaniu nowych doświadczeń poprzez muzykę w zupełnie nieoczekiwanych i niecodziennych okolicznościach. To właśnie wokół pięknego śpiewu Roxane jednoczą się ludzie, których na pozór dzieli niemal wszystko – wiek, płeć, pochodzenie, status społeczny i ekonomiczny, zainteresowania, życiowe doświadczenia i pragnienia. Ann Patchett początkowo portretuje bohaterów książki na zasadzie kontrastów, szczególnie gdy zestawia ze sobą sylwetki terrorystów i zakładników. Z czasem stopniowo buduje skomplikowaną i delikatną sieć powiązań – tworzy relacje, które, wydawać by się mogło, nie mają prawa zaistnieć w podobnych okolicznościach. Czy to przejaw dwustronnego syndromu sztokholmskiego, a może czegoś zupełnie innego – współczucia, człowieczeństwa, potęgi muzyki i miłości? Może w sytuacji ciągłego, długotrwałego zagrożenia i stresu do głosu dochodzą głęboko skrywane uczucia, instynkty i pragnienia? Bohaterowie książki Ann Patchett stopniowo zapominają o dawnym życiu – zaczynają budować wspólnie bezpieczny i przewidywalny świat w czterech ścianach, w przyjemnym odizolowaniu od reszty społeczeństwa, rodziny, codziennych obowiązków i kłopotów. Ich językiem staje się muzyka. Autorka wspaniale oddała ten paradoks – uchwyciła subtelne zmiany zachodzące zarówno w relacjach międzyludzkich jak i w samych bohaterach. Z łatwością przeskakuje między tragedią, terrorem, romantyzmem i humorem, tkając przenikliwą i dość nietypową historię.
W "Belcanto" wiele jest niedopowiedzeń i ukrytych znaczeń, autorefleksyjnych podtekstów. Statyczna fabuła koncentruje się na uczuciach, emocjach, refleksjach, relacjach i więziach. Bywa duszno i klaustrofobiczne, bo "Belcanto" przez bardzo długi czas nie opuszcza pałacowego gmachu.
Ann Patchett potrafi przepięknie pisać. Jej proza jest liryczna i ekspresyjna – rozbrzmiewa i w głowie, i w sercu. Wydaje się, że niczym utalentowany i wprawny muzyk doskonale trafia w dźwięki – każde słowo jest na właściwym miejscu. Jednocześnie mimo tego całego prozatorskiego piękna autorce udaje się uniknąć sentymentalizmu, ckliwości i banału.
"Belcanto" to niespieszna opowieść o miłości, która czasami bywa wytworem przypadku i okoliczności. O silnych międzyludzkich relacjach, które powstają w niecodziennych sytuacjach – w odpowiedzi na zagrożenie lub tragedię. O wezwaniu do wyższej formy istnienia oraz mocy i znaczeniu sztuki. O tym, co łączy i dzieli, o kruchości i sile, które są w każdym z nas oraz o wolności – do bycia tym, kim chcemy, do kochania tego, kogo chcemy i czucia tego, co chcemy. Ta książka po cichu uwodzi, by ostatecznie wstrząsnąć lub pozostawić w melancholijnym zawieszeniu.
W "Belcanto" Ann Patchett opowiada nam słodko-gorzką historię – i robi to z gracją, urokiem i elegancją, w duchu opery. Piękna proza, interesujące studium postaci, płynnie i spokojnie prowadzona narracja... Czytałam z przyjemnością. Po prostu. Może nie porwała mnie tak bardzo jak "Dom Holendrów" ("Belcanto" to zupełnie inna bajka), ale znalazłam w niej jakiś niecodzienny powab i efemeryczny wdzięk, coś hipnotyzującego i melancholijnego, coś co skłoniło mnie do przewracania kolejnych stron. Z uwagi na brak dramatycznego napięcia i statyczną fabułę, "Belcanto" to świetna propozycja dla czytelników, którzy piękno prozy cenią ponad konwencjonalną treść. I dla tych, którzy lubią książki utrzymane w stylu za zamkniętymi drzwiami. Warto przeczytać.
* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Znak.
Tytuł oryginalny: Bel Canto
Przekład: Anna Gralak
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 7 września 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 350
Moja ocena: 5/6
24.8.22
"Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" – Dave Cullen (przekład Adrian Stachowski)
20 kwietnia 1999 roku 18-letni Eric Harris i 17-letni Dylan Klebold, dwaj uczniowie ostatniej klasy, przekroczyli próg liceum Columbine z zamiarem dokonania zamachu i zabicia jak największej liczby osób. Gdy podłożone w szkolnej stołówce bomby nie wybuchły, uzbrojeni sprawcy otworzyli ogień – skierowali broń w stronę swoich rówieśników i nauczycieli. Zastrzelili trzynastu z nich, a dwudziestu czterech ciężko ranili. Wydarzenia wstrząsnęły lokalną społecznością i odbiły się szerokim echem w Stanach Zjednoczonych. Przeszły też do historii jako "masakra w Columbine" – pierwsza tak duża i tragiczna w skutkach szkolna strzelanina. Obok szoku, gniewu i smutku pojawiły się wówczas pytania dotyczące działalności służb i mediów, bezpieczeństwa, dostępu do broni oraz sposobów przeciwdziałania podobnym zdarzeniom w przyszłości. Wiele osób zastanawiało się, dlaczego w ogóle doszło do tej tragedii – co skłoniło dwóch nastolatków, by sięgnąć po broń. Masakra w Columbine stała się, jak twierdzi Dave Cullen, punktem zwrotnym – "rozpoczęła erę szkolnego zamachowca" – cykl performatywnej przemocy z użyciem broni.
"Tego, co działo się w tej szkole, nikt nie mógł sobie wyobrazić, ale jeszcze gorsze okazały się następstwa tamtych wydarzeń"
Dave Cullen, amerykański dziennikarz, 20 kwietnia 1999 był na miejscu zdarzenia. Tematem Columbine zajmował się przez kolejne dziesięć lat. Efektem jego pracy jest książka "Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" – współczesny reportaż z gatunku true crime poświęcony jednej z najgłośniejszych szkolnych strzelanin. Na podstawie obszernego materiału dowodowego, policyjnych raportów i nagrań, a także setek rozmów przeprowadzonych z ocalałymi, świadkami, rodzinami, członkami lokalnej społeczności oraz ekspertami, Cullen nie tylko zrekonstruował przebieg wydarzeń z 20 kwietnia 1999 roku, ale stworzył skrupulatny i dogłębny obraz tragedii Columbine z uwzględnieniem przed i po. Jego książka stanowi próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie dlaczego oraz, jak sam twierdzi, powstała m.in. po to, by móc obnażyć mity i legendy, w które obrosły wydarzenia w Columbine.
Publikacja Cullena zwraca uwagę starannością, skrupulatnością i szerokim, pogłębionym spojrzeniem. Można powiedzieć, że autor, dzięki wieloletniej pracy, poskładał wiele różnych elementów w spójną całość – przedstawił odcienie tragedii w ujęciu indywidualnym i zbiorowym. Oprócz zwykłego co, gdzie i kiedy, otrzymaliśmy znacznie więcej. Powołując się m.in. na osobiste zapiski i nagrania Harrisa i Klebolda, wspomnienia i relacje rodziny i rówieśników, dokumenty ze śledztwa i ekspertyzy specjalistów, Cullen pochyla się nad rysem psychologicznym sprawców i rzuca światło na ich życie przed zamachem. To opowieść o dwóch nastolatkach, którzy stopniowo realizowali plan i zbliżali się do popełnienia zbrodni. O ich motywach, osobowościach i sposobie w jaki na siebie oddziaływali. O depresji, psychopatycznych skłonnościach, poczuciu niedopasowania, szkolnej społeczności Columbine oraz niepokojących symptomach, które zlekceważono lub których nie zauważono. Bez wątpienia ciekawym, ale i bolesnym aspektem historii jest sytuacja, w jakiej znaleźli się rodzice sprawców – zagubieni, w żałobie, przez wielu obarczani winą i odpowiedzialnością za czyny popełnione przez ich dzieci. Ale Cullen nie koncentruje się wyłącznie na sprawcach – oddaje głos ofiarom, świadkom i ich rodzinom. "Columbine" to poruszające studium traumy – straty, żałoby, lęku, nadziei, leczenia ran fizycznych i psychicznych oraz próby odnalezienia się w nowej, trudnej sytuacji. To obraz życia przed i po oddzielonych na zawsze grubą kreską. Cullen opisuje, jak masakra naznaczyła uczestników wydarzeń i ich bliskich oraz w jaki sposób wpłynęła na lokalną społeczność, a w szerszym kontekście, jak odbiła się echem w całym amerykańskim społeczeństwie. Jedną z ważniejszych kwestii reportażu Cullena są działania mediów – ich odpowiedzialność w zakresie rzetelnego przekazywania informacji. Autor wskazuje na zaniedbania i błędy, które popełniono w sprawie Columbine i które, wspólnie ze strachem, zamieszaniem, niemożnością zrozumienia przyczyn oraz pogonią za sensacją, doprowadziły m.in. do powstania szkodliwych i niebezpiecznych mitów i przekłamań.
"Nie skreślimy mitów już spisanych. Ale możemy je obnażyć"
Publikacja Cullena to napisany z szacunkiem i empatią, kompleksowy i wnikliwy reportaż ukazujący wieloaspektowo i wielowymiarowo tragedię Columbine i jej konsekwencje. Książka skłania do refleksji, wzbudza smutek, współczucie i lęk. Podejmuje wiele ważnych kwestii z zakresu psychologii (m.in. zagadnienia dotyczące żałoby, zespołu stresu pourazowego i motywów działania sprawców), socjologii (m.in. efekt społeczny Columbine) oraz kryminalistyki. Pozwala z większą świadomością spojrzeć na trudne i skomplikowane zjawisko szkolnych strzelanin (i poznać amerykański punkt widzenia). Poruszyły mnie indywidualne historie uczestników wydarzeń – książka Cullena wzbudza wiele emocji. "Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" to rewelacyjna literatura faktu – świetnie napisany reportaż true crime, który czyta się jednym tchem i który zostawia w czytelniku ślad. Jedna z ważniejszych książek serii reporterskiej Poznańskiego. Polecam – warto.
* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.
Tytuł oryginalny: Columbine
Przekład: Adrian Stachowski
Wydawnictwo: Poznańskie
Seria: Reporterska
Data wydania: 10 sierpnia 2022
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 636
Moja ocena: 5,5/6
10.8.22
"Miasto w chmurach" – Anthony Doerr (przekład Jerzy Kozłowski)
Wielu jest wśród nas marzycieli. Pragną lepszego życia, czegoś wyjątkowego, tego co z pozoru niemożliwe i nieosiągalne, poza zasięgiem i horyzontem ludzkiego wzroku. Pasterz Aeton z greckiej opowieści też bardzo czegoś pragnął. Wierzył, że daleko w chmurach między ziemią a niebem znajduje się cudowne miasto dostępne jedynie dla tych, którzy mają skrzydła. Miasto o złotych wieżach unoszące się na obłokach, gdzie nie ma cierpienia, a są tylko szczęście, dobrobyt i mądrość. Aeton chciał zamienić się w ptaka i odlecieć do utopijnego Chmurokukułkowa. Sądzicie, że spełnił marzenie i odnalazł tam szczęście? I skąd właściwie w człowieku ta silna potrzeba, by wciąż szukać czegoś nowego? Czy nie może wystarczyć nam to, co mamy?
Marzycielami i outsiderami są również bohaterowie nowej książki Anthony'ego Doerra, laureata Nagrody Pulitzera. Każde z nich doświadcza poczucia wyobcowania i niedopasowania. Każde zmaga się z realiami epoki, w której żyje. Każde ma w sobie iskrę idealisty.
Konstantynopol, 1453 rok. Osierocona Anna odkrywa moc słowa pisanego za sprawą starożytnych rękopisów. Podczas oblężenia miasta jej losy krzyżują się niespodziewanie z losami "przeklętego" Omeira, chłopca pochodzącego z małej górskiej wioski.
Współczesne amerykańskie Idaho. Zeno, osiemdziesięcioletni weteran wojny koreańskiej próbuje uratować dzieci i miejską bibliotekę przed wybuchem bomby podłożonej przez nastoletniego Seymoura.
Przyszłość, statek kosmiczny Argos. Czternastoletnia Konstance bierze udział w misji, której celem jest zasiedlenie przez ludzi odległej planety Betha Oph2. Dziewczynka trafia na teksty literackie z przeszłości. To, co odkryje, na zawsze odmieni jej losy.
Opowieść w opowieści
"Miasto w chmurach" to niezwykle pomysłowa książka, która łączy w sobie wiele różnych elementów – niczym wielobarwny gobelin misternie utkany z czasów, miejsc i postaci, doprawiony odrobiną mitologii, baśniowości, starożytnej literatury i ekologii. Anthony Doerr zabiera czytelników w fascynującą podróż w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Czytelnik przedziera się przez gwarne, tętniące życiem ulice piętnastowiecznego Konstantynopola, by po chwili znaleźć się na hermetycznie zamkniętym, sterylnym statku kosmicznym. Autor absolutnie zachwycił mnie nie tylko wiedzą i wyobraźnią, ale także imponującym warsztatem literackim. Zaskakujące, że był w stanie tak umiejętnie połączyć ze sobą zupełnie odmienne historie, różne głosy, wątki i linie czasowe, tworząc spójną, atrakcyjną i przemyślaną książkę. Doerr sprawił, że z pozoru niemożliwe skoki w czasie i przestrzeni wydają się zupełnie naturalne. Splótł też ze sobą cienką nicią uniwersalne kwestie – zmiany klimatyczne, terroryzm, samotne macierzyństwo, trudności ekonomiczne, postęp, nowe technologie, wojenną traumę i znacznie więcej. Pomiędzy pierwszą i ostatnią stroną rozciąga się niemal wszystko – od narodzin i śmierci przez miłość i nienawiść aż po wojnę i pokój. Doerr z łatwością dzieli książkową rzeczywistość na setki kawałków i z taką samą łatwością łączy je w całość. I to właśnie ta złożoność, oprócz pięknej, sugestywnej prozy, wywarła na mnie największe wrażenie.
"Każda z tych książek jest drzwiami, bramą do innego miejsca, innego czasu"
Potężna moc książek
Losy bohaterów książki przecinają się na przestrzeni wieków za sprawą starożytnego rękopisu – opowieści o pasterzu Aetonie i jego podróży do złotego miasta w chmurach. Wydaje się, że "Chmurokukułków" pojawia się w ich życiu w momencie, gdy najbardziej tego potrzebują. Anthony Doerr zadedykował "Miasto w chmurach" bibliotekarzom. Jego powieść to piękny pean na cześć literatury oraz ludzi, którzy przekazują słowo pisane i strzegą literackiego dziedzictwa dla przyszłych pokoleń. To opowieść o niezwykłej mocy książek, o pamiętaniu i zapominaniu, o umiejętności czytania i pisania, które przynoszą ze sobą nowe możliwości i przesuwają horyzonty. "Miasto w chmurach" wspaniale pokazuje, jak wiele zawdzięczamy słowu pisanemu. Że są historie, które żyją w nas i dzięki temu stają się nieśmiertelne. Że książki są w stanie kształtować nasz los i przeznaczenie. Że pozwalają nam wymknąć się z pułapki – prawdziwej lub metaforycznej. Że mogą być oknem na świat, ucieczką, nadzieją i pomocną dłonią w trudnych momentach. To bez wątpienia piękny przekaz płynący z książki Doerra.
By nie zostać zapomnianym
"Miasto w chmurach" to ambitna, szkatułkowa, napisana piękną prozą, z pasją i intensywnością książka. Wymaga skupienia (szczególnie na początku, gdy przeskoki w czasie mogą dezorientować), ale kiedy już wciągnie, zamienia się w literacką ucztę. Anthony Doerr stworzył opowieść o kruchości istnienia, przemijaniu, znaczeniu i mocy książek, odkrywaniu siebie i swojego miejsca. O dążeniu do prawdy, przekraczaniu granic wyobraźni, o miłości, nadziei i marzeniach. "Miasto w chmurach" uświadamia, jak silna istnieje zależność między ludźmi i planetą oraz jak misternie utkana jest sieć powiązań w czasie i przestrzeni. Skłania do przemyśleń na temat naszego miejsca w świecie oraz ingerencji człowieka w przyrodę i klimat.
"Nie poddawaj się tak szybko. Czasem myślimy, że coś przepadło, a tymczasem tylko się schowało i czeka na odnalezienie"
Pokochałam Doerra za "Światło, którego nie widać" i cóż... za "Miasto w chmurach" kocham go jeszcze bardziej. I podziwiam – za popis wyobraźni, wiedzy i literackiego warsztatu. Idealna propozycja dla miłośników literatury pięknej oraz dla osób, które kochają książki. I jedna z tych publikacji, do których chce się wracać (po przeczytaniu ostatniej strony miałam ochotę zacząć od początku:).
* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.
Tytuł oryginalny: Cloud Cuckoo Land
Przekład: Jerzy Kozłowski
Wydawnictwo: Poznańskie
Data wydania: 10 sierpnia 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 648
Moja ocena: 5,5/6




















