12.9.22

"Rów Mariański" – Jasmin Schreiber (przekład Agnieszka Walczy)

"Rów Mariański" – Jasmin Schreiber (przekład Agnieszka Walczy)

11 000 metrów. W przybliżeniu taką głębokość ma Rów Mariański. Znajduje się w zachodniej części Oceanu Spokojnego i przypomina ogromną bliznę prowadzącą do środka Ziemi – w takim samym stopniu fascynuje, co przeraża. Właśnie tam, gdzie światło słoneczne nigdy nie dociera, żyją niezliczone, wciąż nieodkryte gatunki zwierząt. Dla Pauli, bohaterki książki Jasmin Schreiber, Rów Mariański jest symbolem jej własnego głębokiego i wszechogarniającego żalu i smutku. Od śmierci ukochanego brata kobieta czuje się tak, jakby spadła na samo dno – prosto w ciemność. Jakby nie mogła złapać oddechu i nie była w stanie wydostać się na powierzchnię. Choć minęły już dwa lata życie Pauli nadal stoi w miejscu, a jej żałoba i poczucie straty są tak głębokie jak głęboki jest Rów Mariański.

"Rów Mariański", literacki debiut Jasmin Schreiber, to opowieść o pogrążonej w żałobie młodej biolożce i jej nietypowej podróży – tej rzeczywistej – kamperem w towarzystwie ekscentrycznego staruszka – i tej metaforycznej – w głąb własnego serca.

Czy powieść o umieraniu, stracie i żałobie może być jednocześnie smutna, łamiąca serce, pełna radości i nadziei? Jasmin Schreiber udowadnia, że takie połączenie jest możliwe, i co ważne, wcale nie musi trącać banałem, sztucznością czy zażenowaniem. Zresztą czy tak właśnie nie wygląda nasza codzienność? Czy smutek i szczęście nie kroczą blisko siebie? Czy nie stanowią integralnej części naszego życia? Czy nie balansujemy nieustannie między tymi dwoma stanami?

Jasmin Schreiber o niezwykle trudnych i intymnych tematach – umieraniu i żałobie – pisze z wrażliwością, przenikliwością oraz słodko-gorzką mieszanką refleksji i humoru. Bez moralizatorskiego tonu i banalnych frazesów, ale za to z życiową trafnością i autentycznym zrozumieniem. Autorka wspaniale pokazuje, jak indywidualnym i złożonym doświadczeniem jest śmierć, smutek i żałoba. Że każdy z nas ma prawo przeżywać je na swój własny sposób i że nie istnieje tylko jeden przepis na radzenie sobie z bólem, samotnością, żalem i tęsknotą. W powieści Schreiber i Paula, i Frank stracili ukochaną osobę. To trudne doświadczenie zbliża ich do siebie i sprawia, że rozumieją się lepiej, choć i tak każde z nich przeżywa stratę inaczej. Zresztą bohaterów książki różni (i łączy) wiele – autorka stworzyła niezwykły duet, który śmieszy, wzrusza i rozczula.

Właściwie może się wydawać, że "Rów Mariański" to przede wszystkim opowieść o śmierci i mroku. Jednak nic bardziej mylnego – w książce Schreiber znacznie więcej jest życia i nadziei oraz tego jak je odzyskać, gdy otrzymujemy od losu potężny cios.

"Rów Mariański" przeczytałam jednym tchem, śmiejąc się i płacząc – czasami w tym samym momencie. Ta powieść łamała mi serce, by po chwili przykleić na nie plaster. Otuliła mnie też ciepłem, nadzieją i spokojem. Zaskakujące, że ma w sobie tak dużo smutku i radości, mroku i światła, śmierci i życia – ta słodko-gorzka mieszanka głęboko mnie poruszyła. Jasmin Schreiber pięknie uchwyciła wewnętrzną przemianę bohaterki i sprawiła, że poczułam z nią więź. Doceniam również metaforę Rowu Mariańskiego, elementy biologii morskiej oraz ideę podróży, wokół których autorka zbudowała opowieść.

"Ty byłeś orzeszkiem, ja zaś ochronną łupiną, a odkąd cię nie ma, czuję się pęknięta, pusta w środku i obrabowana"

Książka Jasmin Schreiber bez wątpienia ma urok. Porusza trudne tematy z lekkością, czułością i głębią. To opowieść o miłości i niezwykłej więzi między siostrą i bratem. O kruchości i ulotności życia, smutku, poczuciu winy, stracie i tęsknocie, które przytłaczają i nie pozwalają zaczerpnąć oddechu. O nadziei, długiej drodze do zrozumienia siebie oraz niełatwym procesie gojenia się ran. O przypadkowych spotkaniach i ludziach, którzy stają się dla nas ratunkiem w najtrudniejszych momentach. I o życiu, które ma w sobie przeróżne odcienie, podobnie jak nasze uczucia i emocje.

Pięknie napisany, udany literacki debiut – jednocześnie smutny, refleksyjny, zabawny i pokrzepiający. Przytulam do serca i gorąco polecam. Takie powieści czyta się i poleca z przyjemnością.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Otwarte.


Tytuł oryginalny: Marianengraben
Przekład: Agnieszka Walczy
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 7 września 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 272
Moja ocena: 5,5/6

9.9.22

"Belcanto" – Ann Patchett (przekład Anna Gralak)

"Belcanto" – Ann Patchett (przekład Anna Gralak)

Mówi się często, że muzyka, podobnie jak miłość, jest językiem uniwersalnym. Że potrafi zbliżyć do siebie ludzi pochodzących z różnych światów. I że jest w stanie przemówić do każdego, bez wyjątku. W książce Ann Patchett muzyka robi jednak coś znacznie większego – pomaga zrzucić maski i odnaleźć piękno w niespodziewanych momentach, a nawet niepostrzeżenie zaciera granice między dobrem a złem...

Gdzieś w Ameryce Południowej, w domu wiceprezydenta kraju, odbywa się wystawne przyjęcie urodzinowe na cześć ważnego japońskiego biznesmena, miłośnika opery. Wieczór wydaje się doskonały – międzynarodowa śmietanka towarzyska, pyszne jedzenie i hipnotyzujący sopran słynnej operowej śpiewaczki Roxane Coss. Wkrótce niespodziewanie gaśnie światło, a do budynku wdziera się terrorystyczna grupa. Jej uzbrojeni członkowie biorą gości jako zakładników. Godziny zmieniają się w dni, a dni w miesiące. To, co z początku wyglądało na przerażający i tragiczny scenariusz, zaczyna ewoluować w coś zupełnie innego. Między terrorystami a zakładnikami tworzą się relacje i niespodziewane więzi... Czy w takich okolicznościach jest miejsce na piękno, miłość i muzykę?

"Belcanto" Ann Patchett to utkana muzyką i operowym śpiewem elegancka, subtelna i przewrotna powieść, dla której inspiracją stały się prawdziwe wydarzenia z 1996 roku – przejęcie przez terrorystów japońskiej ambasady w Limie. Autorka zestawiła ze sobą grozę porwania, nudę kilkumiesięcznej bezczynności, intymne doświadczenia i powściągliwe emocje – i połączyła to wszystko melodią opery, miłości i piękna oraz niezwykłą harmonią współistnienia.

Ann Patchett nazywana jest często mistrzynią psychologicznego realizmu. I rzeczywiście, szybko okazuje się, że w "Belcanto" nie chodzi wcale o przemoc i terroryzm. Nie chodzi też o politykę. To, co naprawdę się liczy to ludzie – ich reakcje, uczucia i przemyślenia w obliczu niecodziennych wydarzeń, pod wpływem lęku, izolacji i bezradności. Patchett zmusza swoich bohaterów do niełatwej konfrontacji z fundamentalnymi pytaniami. Kim jestem? Czego naprawdę pragnę? Czy jestem szczęśliwy? Co w życiu jest dla mnie ważne?

"Belcanto" to przewrotna opowieść o zacieraniu granic i różnic oraz odkrywaniu nowych doświadczeń poprzez muzykę w zupełnie nieoczekiwanych i niecodziennych okolicznościach. To właśnie wokół pięknego śpiewu Roxane jednoczą się ludzie, których na pozór dzieli niemal wszystko – wiek, płeć, pochodzenie, status społeczny i ekonomiczny, zainteresowania, życiowe doświadczenia i pragnienia. Ann Patchett początkowo portretuje bohaterów książki na zasadzie kontrastów, szczególnie gdy zestawia ze sobą sylwetki terrorystów i zakładników. Z czasem stopniowo buduje skomplikowaną i delikatną sieć powiązań – tworzy relacje, które, wydawać by się mogło, nie mają prawa zaistnieć w podobnych okolicznościach. Czy to przejaw dwustronnego syndromu sztokholmskiego, a może czegoś zupełnie innego – współczucia, człowieczeństwa, potęgi muzyki i miłości? Może w sytuacji ciągłego, długotrwałego zagrożenia i stresu do głosu dochodzą głęboko skrywane uczucia, instynkty i pragnienia? Bohaterowie książki Ann Patchett stopniowo zapominają o dawnym życiu – zaczynają budować wspólnie bezpieczny i przewidywalny świat w czterech ścianach, w przyjemnym odizolowaniu od reszty społeczeństwa, rodziny, codziennych obowiązków i kłopotów. Ich językiem staje się muzyka. Autorka wspaniale oddała ten paradoks – uchwyciła subtelne zmiany zachodzące zarówno w relacjach międzyludzkich jak i w samych bohaterach. Z łatwością przeskakuje między tragedią, terrorem, romantyzmem i humorem, tkając przenikliwą i dość nietypową historię.

W "Belcanto" wiele jest niedopowiedzeń i ukrytych znaczeń, autorefleksyjnych podtekstów. Statyczna fabuła koncentruje się na uczuciach, emocjach, refleksjach, relacjach i więziach. Bywa duszno i klaustrofobiczne, bo "Belcanto" przez bardzo długi czas nie opuszcza pałacowego gmachu.

Ann Patchett potrafi przepięknie pisać. Jej proza jest liryczna i ekspresyjna – rozbrzmiewa i w głowie, i w sercu. Wydaje się, że niczym utalentowany i wprawny muzyk doskonale trafia w dźwięki – każde słowo jest na właściwym miejscu. Jednocześnie mimo tego całego prozatorskiego piękna autorce udaje się uniknąć sentymentalizmu, ckliwości i banału.

"Belcanto" to niespieszna opowieść o miłości, która czasami bywa wytworem przypadku i okoliczności. O silnych międzyludzkich relacjach, które powstają w niecodziennych sytuacjach – w odpowiedzi na zagrożenie lub tragedię. O wezwaniu do wyższej formy istnienia oraz mocy i znaczeniu sztuki. O tym, co łączy i dzieli, o kruchości i sile, które są w każdym z nas oraz o wolności – do bycia tym, kim chcemy, do kochania tego, kogo chcemy i czucia tego, co chcemy. Ta książka po cichu uwodzi, by ostatecznie wstrząsnąć lub pozostawić w melancholijnym zawieszeniu.

W "Belcanto" Ann Patchett opowiada nam słodko-gorzką historię – i robi to z gracją, urokiem i elegancją, w duchu opery. Piękna proza, interesujące studium postaci, płynnie i spokojnie prowadzona narracja... Czytałam z przyjemnością. Po prostu. Może nie porwała mnie tak bardzo jak "Dom Holendrów" ("Belcanto" to zupełnie inna bajka), ale znalazłam w niej jakiś niecodzienny powab i efemeryczny wdzięk, coś hipnotyzującego i melancholijnego, coś co skłoniło mnie do przewracania kolejnych stron. Z uwagi na brak dramatycznego napięcia i statyczną fabułę, "Belcanto" to świetna propozycja dla czytelników, którzy piękno prozy cenią ponad konwencjonalną treść. I dla tych, którzy lubią książki utrzymane w stylu za zamkniętymi drzwiami. Warto przeczytać.











* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Znak.


Tytuł oryginalny: Bel Canto
Przekład: Anna Gralak
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 7 września 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 350
Moja ocena: 5/6

24.8.22

"Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" – Dave Cullen (przekład Adrian Stachowski)

"Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" – Dave Cullen (przekład Adrian Stachowski)

20 kwietnia 1999 roku 18-letni Eric Harris i 17-letni Dylan Klebold, dwaj uczniowie ostatniej klasy, przekroczyli próg liceum Columbine z zamiarem dokonania zamachu i zabicia jak największej liczby osób. Gdy podłożone w szkolnej stołówce bomby nie wybuchły, uzbrojeni sprawcy otworzyli ogień – skierowali broń w stronę swoich rówieśników i nauczycieli. Zastrzelili trzynastu z nich, a dwudziestu czterech ciężko ranili. Wydarzenia wstrząsnęły lokalną społecznością i odbiły się szerokim echem w Stanach Zjednoczonych. Przeszły też do historii jako "masakra w Columbine" – pierwsza tak duża i tragiczna w skutkach szkolna strzelanina. Obok szoku, gniewu i smutku pojawiły się wówczas pytania dotyczące działalności służb i mediów, bezpieczeństwa, dostępu do broni oraz sposobów przeciwdziałania podobnym zdarzeniom w przyszłości. Wiele osób zastanawiało się, dlaczego w ogóle doszło do tej tragedii – co skłoniło dwóch nastolatków, by sięgnąć po broń. Masakra w Columbine stała się, jak twierdzi Dave Cullen, punktem zwrotnym – "rozpoczęła erę szkolnego zamachowca" – cykl performatywnej przemocy z użyciem broni.

"Tego, co działo się w tej szkole, nikt nie mógł sobie wyobrazić, ale jeszcze gorsze okazały się następstwa tamtych wydarzeń"

Dave Cullen, amerykański dziennikarz, 20 kwietnia 1999 był na miejscu zdarzenia. Tematem Columbine zajmował się przez kolejne dziesięć lat. Efektem jego pracy jest książka "Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" – współczesny reportaż z gatunku true crime poświęcony jednej z najgłośniejszych szkolnych strzelanin. Na podstawie obszernego materiału dowodowego, policyjnych raportów i nagrań, a także setek rozmów przeprowadzonych z ocalałymi, świadkami, rodzinami, członkami lokalnej społeczności oraz ekspertami, Cullen nie tylko zrekonstruował przebieg wydarzeń z 20 kwietnia 1999 roku, ale stworzył skrupulatny i dogłębny obraz tragedii Columbine z uwzględnieniem przed i po. Jego książka stanowi próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie dlaczego oraz, jak sam twierdzi, powstała m.in. po to, by móc obnażyć mity i legendy, w które obrosły wydarzenia w Columbine.

Publikacja Cullena zwraca uwagę starannością, skrupulatnością i szerokim, pogłębionym spojrzeniem. Można powiedzieć, że autor, dzięki wieloletniej pracy, poskładał wiele różnych elementów w spójną całość – przedstawił odcienie tragedii w ujęciu indywidualnym i zbiorowym. Oprócz zwykłego co, gdzie i kiedy, otrzymaliśmy znacznie więcej.  Powołując się m.in. na osobiste zapiski i nagrania Harrisa i Klebolda, wspomnienia i relacje rodziny i rówieśników, dokumenty ze śledztwa i ekspertyzy specjalistów, Cullen  pochyla się nad rysem psychologicznym  sprawców i rzuca światło na ich życie przed zamachem. To opowieść o dwóch nastolatkach, którzy stopniowo realizowali plan i zbliżali się do popełnienia zbrodni. O ich motywach, osobowościach i sposobie w jaki na siebie oddziaływali. O depresji, psychopatycznych skłonnościach, poczuciu niedopasowania, szkolnej społeczności Columbine oraz niepokojących symptomach, które zlekceważono lub których nie zauważono. Bez wątpienia ciekawym, ale i bolesnym aspektem historii jest sytuacja, w jakiej znaleźli się rodzice sprawców – zagubieni, w żałobie, przez wielu obarczani winą i odpowiedzialnością za czyny popełnione przez ich dzieci. Ale Cullen nie koncentruje się wyłącznie na sprawcach – oddaje głos ofiarom, świadkom i ich rodzinom. "Columbine" to poruszające studium traumy – straty, żałoby, lęku, nadziei, leczenia ran fizycznych i psychicznych oraz próby odnalezienia się w nowej, trudnej sytuacji. To obraz życia przed i po oddzielonych na zawsze grubą kreską. Cullen opisuje, jak masakra naznaczyła uczestników wydarzeń i ich bliskich oraz w jaki sposób wpłynęła na lokalną społeczność, a w szerszym kontekście, jak odbiła się echem w całym amerykańskim społeczeństwie. Jedną z ważniejszych kwestii reportażu Cullena są działania mediów – ich odpowiedzialność w zakresie rzetelnego przekazywania informacji. Autor wskazuje na zaniedbania i błędy, które popełniono w sprawie Columbine i które, wspólnie ze strachem, zamieszaniem, niemożnością zrozumienia przyczyn oraz pogonią za sensacją, doprowadziły m.in. do powstania szkodliwych i niebezpiecznych mitów i przekłamań.

"Nie skreślimy mitów już spisanych. Ale możemy je obnażyć"

Publikacja Cullena to napisany z szacunkiem i empatią, kompleksowy i wnikliwy reportaż ukazujący wieloaspektowo i wielowymiarowo tragedię Columbine i jej konsekwencje. Książka skłania do refleksji, wzbudza smutek, współczucie i lęk. Podejmuje wiele ważnych kwestii z zakresu psychologii (m.in. zagadnienia dotyczące żałoby, zespołu stresu pourazowego i motywów działania sprawców), socjologii (m.in. efekt społeczny Columbine) oraz kryminalistyki. Pozwala z większą świadomością spojrzeć na trudne i skomplikowane zjawisko szkolnych strzelanin (i poznać amerykański punkt widzenia).  Poruszyły mnie indywidualne historie uczestników wydarzeń – książka Cullena wzbudza wiele emocji. "Columbine. Masakra w amerykańskim liceum" to rewelacyjna literatura faktu – świetnie napisany reportaż true crime, który czyta się jednym tchem i który zostawia w czytelniku ślad. Jedna z ważniejszych książek serii reporterskiej Poznańskiego. Polecam – warto.





* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Tytuł oryginalny: Columbine
Przekład: Adrian Stachowski
Wydawnictwo: Poznańskie
Seria: Reporterska
Data wydania: 10 sierpnia 2022
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 636
Moja ocena: 5,5/6

10.8.22

"Miasto w chmurach" – Anthony Doerr (przekład Jerzy Kozłowski)

"Miasto w chmurach" – Anthony Doerr (przekład Jerzy Kozłowski)

Wielu jest wśród nas marzycieli. Pragną lepszego życia, czegoś wyjątkowego, tego co z pozoru niemożliwe i nieosiągalne, poza zasięgiem i horyzontem ludzkiego wzroku. Pasterz Aeton z greckiej opowieści też bardzo czegoś pragnął. Wierzył, że daleko w chmurach między ziemią a niebem znajduje się cudowne miasto dostępne jedynie dla tych, którzy mają skrzydła. Miasto o złotych wieżach unoszące się na obłokach, gdzie nie ma cierpienia, a są tylko szczęście, dobrobyt i mądrość. Aeton chciał zamienić się w ptaka i odlecieć do utopijnego Chmurokukułkowa. Sądzicie, że spełnił marzenie i odnalazł tam szczęście? I skąd właściwie w człowieku ta silna potrzeba, by wciąż szukać czegoś nowego? Czy nie może wystarczyć nam to, co mamy?

Marzycielami i outsiderami są również bohaterowie nowej książki Anthony'ego Doerra, laureata Nagrody Pulitzera. Każde z nich doświadcza poczucia wyobcowania i niedopasowania. Każde zmaga się z realiami epoki, w której żyje. Każde ma w sobie iskrę idealisty.

Konstantynopol, 1453 rok. Osierocona Anna odkrywa moc słowa pisanego za sprawą starożytnych rękopisów. Podczas oblężenia miasta jej losy krzyżują się niespodziewanie z losami "przeklętego" Omeira, chłopca pochodzącego z małej górskiej wioski.

Współczesne amerykańskie Idaho. Zeno, osiemdziesięcioletni weteran wojny koreańskiej próbuje uratować dzieci i miejską bibliotekę przed wybuchem bomby podłożonej przez nastoletniego Seymoura.

Przyszłość, statek kosmiczny Argos. Czternastoletnia Konstance bierze udział w misji, której celem jest zasiedlenie przez ludzi odległej planety Betha Oph2. Dziewczynka trafia na teksty literackie z przeszłości. To, co odkryje, na zawsze odmieni jej losy.

Opowieść w opowieści

"Miasto w chmurach" to niezwykle pomysłowa książka, która łączy w sobie wiele różnych elementów – niczym wielobarwny gobelin misternie utkany z czasów, miejsc i postaci, doprawiony odrobiną mitologii, baśniowości, starożytnej literatury i ekologii. Anthony Doerr zabiera czytelników w fascynującą podróż w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Czytelnik przedziera się przez gwarne, tętniące życiem ulice piętnastowiecznego Konstantynopola, by po chwili znaleźć się na hermetycznie zamkniętym, sterylnym statku kosmicznym. Autor absolutnie zachwycił mnie nie tylko wiedzą i wyobraźnią, ale także imponującym warsztatem literackim. Zaskakujące, że był w stanie tak umiejętnie połączyć ze sobą zupełnie odmienne historie, różne głosy, wątki i linie czasowe, tworząc spójną, atrakcyjną i przemyślaną książkę. Doerr sprawił, że z pozoru niemożliwe skoki w czasie i przestrzeni wydają się zupełnie naturalne. Splótł też ze sobą cienką nicią uniwersalne kwestie – zmiany klimatyczne, terroryzm, samotne macierzyństwo, trudności ekonomiczne, postęp, nowe technologie, wojenną traumę i znacznie więcej. Pomiędzy pierwszą i ostatnią stroną rozciąga się niemal wszystko – od narodzin i śmierci przez miłość i nienawiść aż po wojnę i pokój. Doerr z łatwością dzieli książkową rzeczywistość na setki kawałków i z taką samą łatwością łączy je w całość. I to właśnie ta złożoność, oprócz pięknej, sugestywnej prozy, wywarła na mnie największe wrażenie.

"Każda z tych książek jest drzwiami, bramą do innego miejsca, innego czasu"

Potężna moc książek

Losy bohaterów książki przecinają się na przestrzeni wieków za sprawą starożytnego rękopisu – opowieści o pasterzu Aetonie i jego podróży do złotego miasta w chmurach. Wydaje się, że "Chmurokukułków" pojawia się w ich życiu w momencie, gdy najbardziej tego potrzebują. Anthony Doerr zadedykował "Miasto w chmurach" bibliotekarzom. Jego powieść to piękny pean na cześć literatury oraz ludzi, którzy przekazują słowo pisane i strzegą literackiego dziedzictwa dla przyszłych pokoleń. To opowieść o niezwykłej mocy książek, o pamiętaniu i zapominaniu, o umiejętności czytania i pisania, które przynoszą ze sobą nowe możliwości i przesuwają horyzonty. "Miasto w chmurach" wspaniale pokazuje, jak wiele zawdzięczamy słowu pisanemu. Że są historie, które żyją w nas i dzięki temu stają się nieśmiertelne. Że książki są w stanie kształtować nasz los i przeznaczenie. Że pozwalają nam wymknąć się z pułapki – prawdziwej lub metaforycznej. Że mogą być oknem na świat, ucieczką, nadzieją i pomocną dłonią w trudnych momentach. To bez wątpienia piękny przekaz płynący z książki Doerra.

By nie zostać zapomnianym

"Miasto w chmurach" to ambitna, szkatułkowa, napisana piękną prozą, z pasją i intensywnością książka. Wymaga skupienia (szczególnie na początku, gdy przeskoki w czasie mogą dezorientować), ale kiedy już wciągnie, zamienia się w literacką ucztę. Anthony Doerr stworzył opowieść o kruchości istnienia, przemijaniu, znaczeniu i mocy książek, odkrywaniu siebie i swojego miejsca. O dążeniu do prawdy, przekraczaniu granic wyobraźni, o miłości, nadziei i marzeniach. "Miasto w chmurach" uświadamia, jak silna istnieje zależność między ludźmi i planetą oraz jak misternie utkana jest sieć powiązań w czasie i przestrzeni. Skłania do przemyśleń na temat naszego miejsca w świecie oraz ingerencji człowieka w przyrodę i klimat.

"Nie poddawaj się tak szybko. Czasem myślimy, że coś przepadło, a tymczasem tylko się schowało i czeka na odnalezienie"

Pokochałam Doerra za "Światło, którego nie widać" i cóż... za "Miasto w chmurach" kocham go jeszcze bardziej. I podziwiam – za popis wyobraźni, wiedzy i literackiego warsztatu. Idealna propozycja dla miłośników literatury pięknej oraz dla osób, które kochają książki. I jedna z tych publikacji, do których chce się wracać (po przeczytaniu ostatniej strony miałam ochotę zacząć od początku:).

Niepowtarzalna podróż, którą warto odbyć. Gorąco polecam.








* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Tytuł oryginalny: Cloud Cuckoo Land
Przekład: Jerzy Kozłowski
Wydawnictwo: Poznańskie
Data wydania: 10 sierpnia 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 648
Moja ocena: 5,5/6

30.7.22

"Ostatni raz" – Helga Flatland (przekład Karolina Drozdowska)

"Ostatni raz" – Helga Flatland (przekład Karolina Drozdowska)
Śmierć stanowi nieodłączną część naszego życia. Mimo to wielu z nas nie potrafi bądź nie chce o niej rozmawiać. Ubieramy ją w eufemizmy albo wypychamy z codzienności – jak coś wstydliwego, zbyt intymnego, strasznego i niezrozumiałego. Nie próbujemy się z nią oswoić i przypominamy sobie o niej dopiero wtedy, gdy przychodzi niespodziewanie – razem z chorobą, wypadkiem lub starością. Jak poradzić sobie z widmem zbliżającej się śmierci? Co umieranie oznacza dla pacjenta, a co dla jego bliskich? Czy nadchodzący kres życia i związane z nim ból, lęk i smutek są w stanie zbliżyć do siebie rodzinę – zagoić rany i rozwiązać tłumione latami konflikty?

O Heldze Flatland, współczesnej norweskiej pisarce, mówi się, że posiada umiejętność trafnego ukazywania relacji rodzinnych oraz tworzenia przenikliwych portretów psychologicznych. I rzeczywiście – również nowa książka autorki zachwyca dojrzałością, głębią i wrażliwością. Helga Flatland nie unika trudnych i bolesnych tematów. "Ostatni raz" to szczera i przejmująca opowieść o kruchości życia, przemijaniu i nieuchronności śmierci rozpisana na dwa głosy – dorosłej córki i jej umierającej matki. W cieniu ich trudnych relacji utkanych z miłości, żalu, niewypowiedzianych słów i głęboko skrywanych pretensji, autorka kreśli subtelnie obraz rodzinnego dramatu. I stawia pytania – nie tylko o jakość ludzkich więzi, ale też o godność, prawo do umierania na własnych zasadach, mierzenie się z chorobą i doświadczanie straty.

"Ilekroć z nią rozmawiam, myślę, że coś się zmieni, zauważam to dopiero, gdy się rozłączam, a potem zawsze zostaje we mnie poczucie czegoś nierozwiązanego"

Gdy Anne słyszy diagnozę: nieuleczalna choroba, jej czas zaczyna rozpaczliwie się kurczyć.

Jej dorosła córka Sigrid mieszka wraz z dziećmi i partnerem w Oslo, gdzie pracuje jako lekarka. Rzadko wraca do rodzinnego domu. 

Choroba Anne zmusi całą rodzinę do zmierzenia się z nowym doświadczeniem.

Książka Helgi Flatland utrzymana jest w charakterystycznym dla literatury skandynawskiej stylu. Znajdziemy w niej słowną oszczędność i pozorną surowość pod którymi skrywa się wiele autentycznych i niełatwych emocji. Za każdym razem nieustannie zaskakuje mnie, jak wspaniale skandynawscy autorzy potrafią dotknąć literacko fundamentalnych życiowych kwestii – bez dramaturgii i sentymentalizmu, a z wyczuciem, empatią i szczerością. Helga Flatland zagłębiła się w jedno z najtrudniejszych i najbardziej intymnych ludzkich doświadczeń – choroby i umierania. I uczyniła to w sposób autentyczny, subtelny i wielowymiarowy. Zamiast wyświechtanych egzystencjalnych frazesów i banalnych rozważań otrzymaliśmy urywki niemal wyjęte z prawdziwego życia. Autorka porusza kwestie dotyczące różnych aspektów – psychiki, uczuć, cielesności. Opowiada o prywatności, wstydzie, intymności, próbie pogodzenia się z utratą sprawności, niezależności i poczucia bezpieczeństwa. Z przenikliwością portretuje etapy długiej drogi Anne i jej rodziny od momentu usłyszenia diagnozy aż po ostatnie chwile życie (i związane z nimi niedowierzanie, zaprzeczanie, gniew, lęk i akceptację). Zmagania Anne, choć głęboko osobiste, nabierają uniwersalnego wymiaru. Zresztą między innymi w tym właśnie tkwi siła książki Flatland – mówi kameralnie o śmierci i pożegnaniu, które stanowią integralną część naszego życia.

"Chcę byś pomogła mi umrzeć"

"Ostatni raz" to nie tylko opowieść o chorobie i umieraniu. Sercem książki Helga Flatland uczyniła skomplikowane i napięte relacje matki i jej dorosłej córki. Odchodzenie Anne i konieczność zapewnienia jej opieki zmuszają kobiety do konfrontacji, a zatem czegoś, czego unikały latami. Sigrid uważa, że Anne nie była dobrą matką. Pielęgnowane urazy, pretensje i tłumione negatywne uczucia, pogłębiające się milczenie i napięcia naznaczyły relację matki i córki. W obliczu śmiertelnej choroby Anne i presji uciekającego czasu, kobiety zbliżają się do siebie. Wydaje się jednak, że każda z nich ma inne oczekiwania i priorytety. Czy zdążą odnaleźć drogę do siebie? Helga Flatland oferuje nam narracyjny dwugłos, a zatem dwie odmienne perspektywy. I jest to niezwykle cenny zabieg – pouczający i działający na wyobraźnię. Zachwyciły mnie przenikliwość i czułość, z jakimi autorka stworzyła kobiece portrety. Jej spojrzenie na rodzinne więzi i relacje oraz emocjonalne próby odnalezienia się w trudnej sytuacji i pokoleniową zmianę ról to, oprócz studium choroby i umierania, najjaśniejsze punkty książki.

Jak żyć, gdy śmierć jest tak blisko...? Może jedyne co mamy to miłość?


Książka Helgi Flatland przemówiła do mnie wyjątkowo mocno – wzbudziła głęboki smutek i skłoniła do refleksji. To dowód na to, że pismo autorki potrafi dotrzeć w najgłębsze zakamarki serca i umysłu. Właśnie taką literaturę, dojrzałą, szczerą i empatyczną, cenię.

"Ostatni raz" to przejmująca lekcja życia, umierania i pokory wobec niespodzianek losu oraz studium straty, przebaczenia i miłości. To także opowieść o kruchości istnienia, różnych sposobach przeżywania cierpienia i żałoby, o złożoności uczuć i pamięci, wytrwałości oraz harcie ducha.
O pytaniach, które są ważne dla nas wszystkich i odpowiedziach, których czasami nie sposób odnaleźć. 

Pięknie napisana, dojrzała, empatyczna książka, która przynosi ze sobą uśmiech, smutek i łzy. Jeden z moich ulubionych tytułów Serii Skandynawskiej. Polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.



Tytuł oryginalny: Et liv forbi
Przekład: Karolina Drozdowska
Wydawnictwo: Poznańskie
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Data wydania: 27 lipca 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 288
Moja ocena: 5,5/6



15.6.22

"Dziewczyna ze słonecznikiem" – Aleksandra Rak /patronat medialny/

"Dziewczyna ze słonecznikiem" – Aleksandra Rak /patronat medialny/

Promienie słońca budzące rano ze snu, niebo w różnych odcieniach błękitu, wielobarwne jesienne liście, ukochane słoneczniki w wazonie, ciepły szalik, pyszne owocowe ciasto... Świat Łucji pełen jest kolorów. Bohaterka książki Aleksandry Rak ma w sobie życiową uważność, ciepło i optymizm – potrafi cieszyć się małymi rzeczami. Barwna osobowość dorównuje przyciągającej wzrok urodzie – rudym niesfornym lokom, twarzy usianej piegami i radosnemu błyskowi w oczach.

Zupełnie inny jest świat Kacpra, absolwenta Akademii Sztuk Pięknych i syna znanego mikołowskiego artysty. Wydaje się, że apodyktyczny i oschły ojciec odebrał mężczyźnie wszystkie kolory, a pozostawił jedynie czarno-białą codzienność niczym węglowe szkice, z których słynie. Kacper nie wierzy w siebie i żyje w strachu przed ojcem – jego wszechobecną dezaprobatą i niekończącą się krytyką. Zapomniał już, jak kolorowy jest świat. Do czasu aż spotyka Łucję...

"Chciał uciec, zrobił nawet krok do tyłu, ale coś go zatrzymało. Nie pozwoliło mu się wycofać. Dziewczyna nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Rozbawiona, wpatrywała się w kwiaty, jakby stały się jej najcenniejszym skarbem. Pięknym, złotym skarbem. Teraz wydawało mu się, że jej włosy zyskały nową, nieznaną barwę, która pięknie komponowała się z żółcią słoneczników"

"Dziewczyna ze słonecznikiem" to nowa powieść Aleksandry Rak, autorki m.in. obyczajowej serii "Pensjonat na wzgórzu", i piąta książka pisarki, którą mam przyjemność obejmować patronatem medialnym. Tym razem Aleksandra Rak zabiera czytelników do Mikołowa i Katowic – poznajemy historię Łucji, wrażliwej, ciepłej i barwnej młodej kobiety, która swoim osobistym urokiem oczarowuje dwóch mężczyzn. Jeden z nich pragnie widzieć ją na okładce swojej płyty. Drugi podejmuje się namalowania jej portretu. Wśród zapachu farb, dźwięków muzyki i aromatu malinowej herbaty, podczas długich jesiennych spacerów i gwarnych warsztatów w domu kultury rodzi się uczucie... Dla którego z mężczyzn serce Łucji zabije mocniej?

"I uświadomił sobie, że mógłby na nią patrzeć bez końca"

"Dziewczyna ze słonecznikiem" ma w sobie wszystko to, co tak bardzo lubię w powieściach Aleksandry Rak – życiowy realizm, autentyczne emocje i rozterki, przenikliwy wgląd w uczucia i skomplikowane międzyludzkie relacje, naturalne dialogi, bliskie nam tematy oraz lekki i wrażliwy styl pisania. Zachwycił mnie sposób, w jaki autorka wykorzystała motyw sztuki i ulubionych kwiatów głównej bohaterki. Słoneczniki nie tylko ozdabiają okładkę książki, ale stanowią również istotny element fabuły – subtelnie przenikają historię Łucji, Kacpra i Bonia. Aleksandra Rak zadbała o detale, nadając powieści oryginalnego "słonecznikowego" charakteru. Gdy myślę o jej nowej książce, w mojej głowie materializuje się obraz rudowłosej Łucji z naręczem słoneczników – piękny motyw przewodni :) Zresztą Łucja to jedna z tych bohaterek, które z łatwością wzbudzają sympatię. Polubiłam jej wrażliwość, kreatywność i życzliwość. I z zainteresowaniem śledziłam jej losy, bo nie da się ukryć – Łucja znalazła się w trudnym momencie, uczuciowo rozdarta i zagubiona. Aleksandra Rak z przenikliwością uchwyciła jej wewnętrzne zmagania oraz dynamikę zmieniających się relacji między trójką głównych bohaterów. Wiele emocji wzbudza również wątek Kacpra – młodego mężczyzny uwięzionego w czarno-białym świecie toksycznego ojca. Jego losy w fascynujący sposób splatają się z losami Łucji. Przypadkowe spotkanie nikogo nie pozostawi obojętnym...

"Wiesz, co robią słoneczniki, jeśli nie znajdują słońca? Zwracają się ku sobie nawzajem. Ty nie będziesz szczęśliwa z bujnym wrzosem albo dumnym tulipanem. Piękna róża nie obejmie cię kolcami, a goździk szybko uschnie. Musisz odnaleźć drugi słonecznik. Taki, który cię wesprze, gdy zabraknie słońca, abyście razem mogli wzrastać"

"Dziewczyna ze słonecznikiem" zwraca uwagę dojrzałością i słodko-gorzkim charakterem. Opowiada o pięknych i bolesnych uczuciach oraz o życiu, które bywa zaskakujące – pisze przeróżne scenariusze. Powieść autorki porusza, skłania do refleksji, wywołuje smutek i otula nadzieją. Aleksandra Rak z wrażliwością podejmuje wiele ważnych kwestii dotyczących m.in. miłości, przyjaźni, rodziny. "Dziewczyna ze słonecznikiem" to opowieść o trudnych wyborach, pasji i talencie, rodzinnych sekretach i odwadze podążania własną ścieżką. Ta książka wspaniale pokazuje, jak ważna jest wiara w siebie. Że nigdy nie należy tracić nadziei i że warto walczyć o swoje marzenia i szczęście. Że uczucia bywają skomplikowane i czasami żaden wybór nie wydaje się właściwy. I że niektóre przypadkowe spotkania potrafią na zawsze odmienić nas samych i bieg naszego życia.

Pięknie napisana powieść, którą czyta się jednym tchem. Gorąco polecam, warto.






Za możliwość objęcia książki patronatem medialnym dziękuję Wydawnictwu Dragon.

* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Dragon.



Data wydania: 15 czerwca 2022
Wydawnictwo: Dragon
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320

8.6.22

"Sycylijskie lwy" – Stefania Auci (przekład Tomasz Kwiecień) /przedpremierowo/

"Sycylijskie lwy" – Stefania Auci (przekład Tomasz Kwiecień) /przedpremierowo/
Rok 1799. Bracia Paolo i Ignazio opuszczają doświadczoną kolejnym trzęsieniem ziemi Bagnarę Calabra – statek kieruje się w stronę sycylijskiego Palermo. Mężczyźni, ambitni i zdeterminowani, zostawiają za sobą dawne życie i z nadzieją patrzą w przyszłość. Lęk miesza się z ekscytacją, a morska bryza przynosi obietnicę nowego początku...

Tak właśnie zaczyna się powieść Stefanii Auci – włoski bestseller i pierwszy tom sagi inspirowanej prawdziwą historią rodziny Florio. Ten ród zapoczątkowany przez emigrantów z Kalabrii zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach Sycylii. Imperium gospodarcze Floriów przyniosło im nie tylko bogactwo, ale też sławę, prestiż i awans społeczny. Można by powiedzieć, że to kolejna opowieść "od zera do milionera" (a właściwie w tym przypadku od sprzedawców przypraw do "niekoronowanych królów Sycylii") jakich w literaturze wiele, ale sam fakt, że książka Auci odsłania kulisy prawdziwej i ważnej włoskiej rodziny, znacznie zwiększa jej atrakcyjność. W "Sycylijskich lwach" prywatne i zawodowe losy Floriów w płynny i fascynujący sposób łączą się z dziewiętnastowieczną historią Palermo, Sycylii i całych Włoch. Stefania Auci stworzyła wciągającą rodzinną sagę i starannie dopracowaną powieść historyczną o sukcesie, bogactwie, władzy, romansach, zdradach i tajemnicach.


Kiedy myślę o książce Stefanii Auci, w mojej głowie pojawia się barwna mieszanka zapachów, smaków i obrazów. Cynamon, pieprz, anyż, szafran, wąskie i zatłoczone uliczki Palermo, palące słońce i morska bryza, przeróżne odcienie błękitu, owoce, algi, piasek i drewno, statki cumujące w portach... Oprawa "Sycylijskich lwów" jest absolutnie zachwycająca. I widać wyraźnie jak staranny research wykonała autorka. Tło powieści tworzą historyczne, geograficzne i polityczno-społeczne detale. Dzięki plastycznej prozie Auci czytanie "Sycylijskich lwów" zamienia się w wyjątkową literacką podróż do XIX-wiecznego Palermo. Autorka wspaniale kreśli topografię miasta i oddaje atmosferę ówczesnych czasów, zarówno poprzez szerszy kontekst historyczny jak i poprzez realia codziennego życia zwykłych ludzi. Widzimy Sycylię jako centrum śródziemnomorskiego handlu, krainę pełną obietnic i napięć oraz jej społeczność zmieniającą się na przestrzeni lat pod wpływem ważnych wydarzeń (powstanie przeciwko Burbonom, zaraza, zjednoczenie Włoch, walka klas, kolonializm i industralizacja). Wiele uwagi Auci poświęca również kwestiom działalności biznesowej rodziny Florio – opowiada o handlu przyprawami, jedwabiem, korą, siarką i tuńczykiem. Zachwyciła mnie intensywność, drobiazgowość i wyrazistość prozy Auci – wykreowany przez nią świat ożywa na kartach książki i pobudza wyobraźnię czytelnika. Autorka często pisze w tak przekonujący sposób, jakby sama była świadkiem lub obserwatorem opisywanych wydarzeń. Dla miłośników powieści historycznych barwne tło "Sycylijskich lwów" to prawdziwa literacka gratka i szansa na poszerzenie horyzontów.


Nie da się ukryć, że to właśnie historyczno-sycylijska oprawa zrobiła na mnie największe wrażenie. Ale sercem powieść Auci jest historia rodziny Florio – ich niełatwe początki po przybyciu do Palermo oraz długa droga do sukcesu, bogactwa i społecznego prestiżu naznaczona ciężką pracą, determinacją i uporem. Stefania Auci kreśli przenikliwe porterety złożonych ludzkich charakterów i skomplikowanych rodzinnych relacji. Są mężczyźni – aroganccy, apodyktyczni, uparci, a czasami zagubieni między pragnieniem sukcesu a namiętnością i rodzinnym szczęściem. Są kobiety – troskliwe matki, zranione żony, ponętne kochanki. Jedne sprytne, silne i inteligentne, a inne pokonane, rozczarowane i zgorzkniałe. Stefania Auci bardzo dobrze uchwyciła społeczne niuanse epoki – patriarchat, uprzedmiotowienie kobiet, dyskryminację, sztywny podział ról, obyczaje i konwenanse. Stworzyła opowieść nie tylko o imponującym awansie w społecznej hierarchii, bogactwie, ambicji, sukcesie i władzy – o narodzinach imperium Florio – ale przede wszystkim o zwykłych ludziach, mężczyznach, kobietach i dzieciach, którzy krok po kroku budowali je własnymi rękami. "Sycylijskie lwy" to historia ludzkich zmagań, pięknych marzeń i gorzkich rozczarowań, znaczenia rodziny, walki o lepszą przyszłość, lęków, pragnień, poświęcenia i trudnych decyzji. To rozstania i powroty, narodziny i śmierć, momenty szczęścia i rozpaczy, romanse, tajemnice i rodzinna spuścizna. Bohaterowie powieści wzbudzają przeróżne emocje – od sympatii przez współczucie, podziw i obojętność aż po niechęć. Stefania Auci nie zagłębia się w psychologiczne aspekty, nie koncetruje na przeżyciach wewnętrznych. Jej powieść nie przypomina melodramatu. I chyba można nawet stwierdzić, że pisała bardziej z głową niż z sercem. Zmienna dynamika i zdarzający się czasami brak narracyjnego napięcia mogą ostudzić nieco czytelniczy entuzjazm. Nie sposób jednak odmówić "Sycylijskim lwom" rozmachu – ta wielopokoleniowa saga rozpisana na niemal 70 lat (tom pierwszy) zwraca uwagę dojrzałością, panoramicznym charakterem oraz udanym połączeniem historii i literackiej fikcji. I bez wątpienia przynosi ze sobą odrobinę włoskiego klimatu, który tak bardzo lubię.

"Sycylijskie lwy" to ciekawa literacka podróż i obiecujący początek serii. Z przyjemnością sięgnę po kontynuację – myślę, że rodzina Florio jeszcze nieraz nas zaskoczy :)







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem W.A.B.


Tytuł oryginalny: I leoni di Sicilia
Przekład: Tomasz Kwiecień
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 29 czerwca 2022
Liczba stron: 512
Moja ocena: 5/6


6.6.22

"Cztery muzy" – Sophie Haydock (przekład Izabela Matuszewska)

"Cztery muzy" – Sophie Haydock (przekład Izabela Matuszewska)

Jak to jest pozować dla artysty? Siedzieć godzinami bez ruchu i czuć na swoim ciele jego przenikliwy wzrok? Czy każda kobieta czuje się wtedy piękna i pożądana? A może wręcz przeciwnie – skrępowana i onieśmielona? Jak to jest być czyjąś muzą – inspirować, napędzać twórczo i pomagać wznieść się na wyżyny talentu? Czy wiemy kim są kobiety, które spoglądają na nas z obrazów? Czy zastanawiamy się, co łączyło je z autorem dzieła, jakie wiodły życie, czego pragnęły?

Egon Schiele, austriacki malarz i grafik, protegowany Gustava Klimta, znany jest z ekspresyjnych, figuratywnych i odważnych kobiecych portretów i aktów. Jako młody, utalentowany artysta z silną potrzebą niezależności i łamania schematów wzbudzał nie tylko ciekawość i podziw, ale też konsternację, a nawet zgorszenie. Jego przesiąknięte swobodą i zmysłowością prace prowokowały i stawiały pytanie o granicę między pornografią i cenzurą a erotyzmem, seksualnością i płcią. Schiele malował kobiety w osobliwych, odważnych pozach, często nagie lub jednynie w pończochach/butach/bieliźnie. Mówi się, że potrafił doskonale oddać ich siłę, naturalne piękno, zmysłowość oraz intensywność spojrzenia. Przez pracownię artysty przewinęło się wiele kobiet, ale tylko cztery z nich stały się kimś więcej – muzą, natchnieniem, inspiracją, a nawet miłością. Sophie Haydock, brytyjska pisarka, postanowiła oddać głos Gertrude Schiele, Wally Neuzil, Adele i Edith Harms. "Cztery muzy" to beletryzowana opowieść o Egonie Schielem i czterech kobietach, które spoglądają na nas z jego obrazów. Co czuły? Kim były? Co łączyło je z artystą? Jak potoczyły się ich losy?

"Gertrude Schiele
Siostra Egona Schielego, porywcza, zdecydowana, zaborcza, tęskniąca za ekscytującym życiem z dala od rodzinnego domu.

Adele Harms
Pochodząca z burżuazyjnej wiedeńskiej rodziny, namiętna, gwałtowna, uparta; buntująca się przeciwko ograniczeniom swojej klasy i tęskniąca za wolnością.

Wally Neuzil
Zdeterminowana, niezależna, dumna modelka znanego artysty Gustava Klimta, która wydobyła się z ubóstwa i wytycza dla siebie nową, śmiałą ścieżkę.

Edith Harms
Cicha, konwencjonalna i lojalna (czy aby na pewno?) młodsza siostra Adele, pozostająca w jej cieniu i niewiedząca jeszcze, jaką kobietą mogłaby się stać"

Sophie Haydock umiejętnie łączy prawdziwą historię z literacką fikcją. A nie miała łatwego zadania – o kobietach Schielego nie wiadomo zbyt wiele. Z dbałością o detale, wrażliwością i błyskotliwością odmalowuje wiedeńskie realia i kreśli cztery, a właściwie pięć barwnych portretów – malarza skandalisty i jego czterech muz. Każda z kobiet otrzymała w książce Haydock własny rozdział, ale co ciekawe, autorce wspaniale udało się pokazać, jak krzyżowały się ze sobą ich życia – krążyły wokół Egona, wpływały na jego sztukę, rywalizowały, przekraczały granice i wytyczały nowe drogi. Różniło je wiele – wiek, pochodzenie, status społeczny, osobowość – ale łączyła silna fascynacja Schielem oraz pragnienie odegrania istotnej roli w jego życiu i twórczości. Powieść Sophie Haydock pozwala "wejść w buty" Gertrude, Wally, Adele i Edith – spojrzeć na artystę ich wzrokiem, poczuć silne emocje, doświadczyć realiów ówczesnego życia.

Egon Schiele, autoportret, 1910 r.
źródło: wikimedia commons

"Przeszłość musi odejść, a przyszłością jest on"

Sophie Haydock zabiera czytelników w literacką podróż do Wiednia z początków XX wieku – światowej stolicy sztuki i modernizmu. Do miasta, w którym życie akademickie i artystyczne mieszało się z codziennością ulicy; w którym czuć było wyraźnie powiew zmian; które ogarnęła nerwowość w obliczu wojny i epidemii hiszpanki. Do Wiednia Gustava Klimta, Otto Wagnera, Oskara Kokoschki i Zygmunta Freuda. Czytelnik z łatwością może zanurzyć się w ówczesnych realiach – od prywatnych apartamentów i operowych loż, przez duszne kawiarnie, wąskie uliczki, kwitnące ogrody Schönbrunn i malarskie pracownie, aż po zatłoczone pociągi i ciemne więzienne cele. Barwna i plastyczna proza Haydock ożywia kobiece spojrzenia, zapach farby, szelest liści i brzęk filiżanek – niezwykle intensywna sceneria.

"Mógłbym ją rysować przez całą wieczność"

Uwielbiam sposób, w jaki Haydock połączyła ze sobą cztery różne kobiece narracje, jednocześnie odmalowując również portret Schielego. Zachwyciła mnie intensywność i intymność pióra autorki, klimat dwudziestowiecznego Wiednia, wielowymiarowość postaci i bogactwo poruszanych kwestii. "Cztery muzy" to opowieść o kruchości i ulotności życia, poświęceniu, pragnieniu bycia pamiętanym oraz o cienkiej linii między fascynacją i obsesją. O talencie, sztuce i pasji, skomplikowanych ludzkich relacjach oraz wyborach, które na zawsze zmieniają trajektorię życia. O namiętności, pożądaniu, zazdrości i miłości oraz kobiecości i łamaniu konwenansów.

Fascynująca, wciągająca i pięknie napisana powieść bogata w interesujące detale – udany literacki debiut Sophie Haydock. I bez wątpienia jedna z moich ulubionych książek serii butikowej Albatrosa. Gorąco polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Albatros.


Tytuł oryginalny: The Flames
Przekład: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 18 maja 2022
Seria: butikowa
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 480
Moja ocena: 5,5/6

2.6.22

"Proste równoległe" – Agata Romaniuk

"Proste równoległe" – Agata Romaniuk
Ostatnia strona. Ostatnie słowo. I koniec. Zamykam książkę, odkładam ją powoli, niechętnie, bo wcale nie chcę się jeszcze rozstawać. W głowie słyszę melodię skrzypiec. Koncert D-dur Strawińskiego. Sonatę a-moll Bacha. Kaprysy Paganiniego. Lekkie szesnastki rozsypane w powietrzu, drżące struny, tańczące dłonie. Raz spokojnie i lirycznie, innym razem mocno i brawurowo. Czyste, piękne dźwięki. Taka właśnie jest książka Agaty Romaniuk – wydaje się, że tworzą ją nuty, a nie słowa. Wystarczy zamknąć oczy, by usłyszeć skrzypce. Prawdziwa literacka wirtuozeria.

Dwie kobiety, które dzieli wiele, ale łączy muzyka. Dwie utalentowane skrzypaczki, mistrzyni i uczennica, rozdarte między karierą i rodziną. Dwa różne pokolenia w zderzeniu z brutalnością powojennych i komunistycznych realiów. Wanda Krajewska i Marta Rychter – dwa życiorysy jak tytułowe proste równoległe – biegną obok siebie, blisko, ale nigdy się nie przecinają. Uczennica nie podąża śladem swojej mistrzyni – dokonuje innych wyborów i znajduje własną ścieżkę.


"Polska, połowa lat 80. XX w. Młodziutka Marta Rychter podczas wakacji spędzanych z rodzicami poznaje nad morzem enigmatyczną Wandę Krajewską, najwybitniejszą polską skrzypaczkę. Wanda od lat odmawia występów, nikt nie wie dlaczego, choć plotkami żyje cała muzyczna Warszawa. Czy to prawda, że była kochanką wiceministra kultury i pupilką władzy? A może pije i w pewexie odkładają dla niej najlepsze koniaki, po które wieczorami wysyła męża? Marta zostaje jedyną uczennicą, a zarazem powierniczką starszej o pokolenie Wandy. Próbuje odtworzyć powikłaną historię jej życia, miłości oraz stale towarzyszącego Krajewskiej poczucia straty. Chłonie muzyczną wrażliwość swojej nauczycielki, ale zaczyna rozumieć, że nie może iść po jej śladach. Żeby ocalić swoją niezależność, będzie musiała zrezygnować z lojalności. Tylko w ten sposób zdoła dotrzymać Wandzie kroku" (opis wydawcy)

"Proste równoległe" to powieściowy debiut Agaty Romaniuk – debiut dojrzały i znakomity. Chyba nawet nie spodziewałam się takiej prozy – literackiej świadomości, mieszanki szorstkości, czułości i melancholii, emocji buzujących pod powierzchnią. Książka została merytorycznie dopieszczona, utkana z muzycznych detali. Koncerty, konserwatoria, konkursy, instrumenty, dźwięki, talent i pasja – a wszystko to ciasno splecione ze zwykłą codziennością i uczuciami. Agata Romaniuk z przenikliwością portretuje życiowe i zawodowe drogi obu kobiet – dzieciństwo i dorastanie, rodzinne relacje, miłości, marzenia, dramaty, porażki i sukcesy. Z kart książki wyłania się obraz skomplikowanej relacji wybitnej skrzypaczki i jej utalentowanej uczennicy. Czy można ukształtować kogoś na swoje podobieństwo? Jak cienka linia dzieli pasję i obsesję? Czy dla kariery warto poświęcić miłość i rodzinę? I czy talent i sztuka mogą usprawiedliwiać każdą, nawet moralnie wątpliwą decyzję?


"Proste równoległe" to opowieść o pasji, talencie, determinacji, poświęceniu, frustracjach i niespełnionych marzeniach. O trudnych wyborach, lojalności i niezależności, podążaniu własną drogą i odwadze bycia sobą. Agata Romaniuk potrafi z czułością, ale bez ckliwości zajrzeć w głąb kobiecego serca. Wyborna lektura – delektowałam się każdym słowem. "Polecam" to zdecydowanie za mało :)






Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Agora.


Data wydania: 27 kwietnia 2022
Wydawnictwo: Agora
Oprawa: twarda
Liczba stron: 352
Moja ocena: 6/6

30.5.22

"Pojechałam do brata na południe" – Karin Smirnoff (przekład Agata Teperek)

"Pojechałam do brata na południe" – Karin Smirnoff (przekład Agata Teperek)

"Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób" – Lew Tołstoj

Rodzina może być pełna miłości, wsparcia i akceptacji. Może być bezpiecznym schronieniem – azylem. Z rodziną mogą wiązać się dobre wspomnienia – takie, które ogrzewają serce i dają siłę w trudnych momentach.   Ale nie wszystkie rodziny budują. Niektóre niszczą – są pełne krzywdy, łez, upokorzenia, strachu i przemocy. Takie rodziny zamieniają życie w koszmar i stają się pułapką. Doskonale wie o tym janakippo, bohaterka książki Karin Smirnoff. Kobieta dorastała w dysfunkcyjnej rodzinie – z groźnym, agresywnym ojcem, bierną wobec przemocy matką i bratem bliźniakiem, który dzielił z siostrą lęk i traumatyczne przeżycia. Czy mijający czas jest w stanie wygładzić poszarpane wspomnienia i zagoić głębokie rany? Po latach janakippo wraca do rodzinnej wsi, by pomóc bratu, który opłakuje rozstanie i ma problemy z alkoholem. Ojciec już nie żyje, a matka przebywa w domu opieki. Jednak poza tym nie zmieniło się zbyt wiele. W domu nadal czają się wspomnienia naznaczone przemocą i traumą, niewyjaśnione sprawy z przeszłości oraz pytania, które wciąż domagają się odpowiedzi. Czasami przybierają postać sennych koszmarów. Są obecne w haftowanych serwetach matki, starych żółtych kaloszach i drewnianym sęku. Czasami odbijają się w zakurzonym lustrze albo w zmęczonych twarzach mieszkańców wioski. Janakippo nie może dłużej uciekać – czas zmierzyć się z przeszłością.

Wspomnienia, skomplikowana relacja z mężczyzną, sztuka, natura i tajemnicza śmierć pewnej kobiety...

"Pojechałam do brata na południe" to literacki debiut Karin Smirnoff, szwedzkiej pisarki, oraz początek trzytomowej sagi rodzinykippo. Dzieciństwo Jany i Brora nie należało do szczęśliwych. Życie w małej szwedzkiej wiosce z okrutnym, przemocowym ojcem i bierną matką odcisnęło na nich piętno. Wydarzyło się wiele złych rzeczy, których nie sposób zapomnieć. Karin Smirnoff stworzyła przejmujący rodzinny dramat, w którym tajemnice i cienie przeszłości splatają się ciasno z teraźniejszością. Uchwyciła rysy małej, zamkniętej i pogrążonej w beznadziei społeczności oraz moment podróży – tej rzeczywistej, do rodzinnego domu i tej metaforycznej – w głąb samego siebie.  "Pojechałam do brata na południe" to opowieść o rodzinnej traumie, przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej, autodestrukcji, chorobie, uzależnieniu i śmiertelności. O konfrontacji z trudnymi emocjami i wspomnieniami, tajemnicach, splątanych życiorysach, przebaczeniu i miłości. Karin Smirnoff stopniowo wprowadza czytelnika w fabularny świat, odsłania rodzinne sekrety i zmusza swoją bohaterkę do konfrontacji z przeszłością, tłumionymi uczuciami oraz prawdą o sobie i innych.

Przemoc i destrukcja, które przenikają człowieka i stają się jego częścią...

"Pojechałam do brata na południe" to mroczna, bezlitośnie szczera, psychologicznie przenikliwa i do bólu realistyczna opowieść utrzymana w typowym dla literatury skandynawskiej klimacie – surowym i powściągliwym. Jednocześnie pełna autentycznych emocji i ludzi tak realnych, jakby mieli za chwilę zmaterializować się tuż obok nas. W książce Smirnoff dużo jest naturalizmu, cielesności i śmiertelności. Za pomocą oszczędnej prozy autorka potrafi wydobyć niuanse i najsubtelniejsze odczucia, a przy tym przeróżne odcienie traumy i dramatu. Zestawia obok siebie okrucieństwo i czułość, równoważąc je odrobiną czarnego humoru, refleksją oraz szczerością. I nie oferuje przy tym żadnych eufemizmów, łatwych odpowiedzi, tanich mądrości, sentymentalnych wzruszeń ani ckliwych happy endów. Prozę Smirnoff wyróżnia nietypowa forma – niemal całkowity brak interpunkcji, wielkich liter i wyodrębnionych dialogów, co jeszcze bardziej zmusza do literackiej uważności.

"Sprzątałam lęki brata tak samo jak swoje. Przypominało to grę w tetrisa. Klocki trafiały w odpowiednie miejsca odpędzając wszelkie próby myślenia o czymś innym"

Książka Karin Smirnoff przypomina nieco "Testament" Niny Wähä (polecam!), ale jest zdecydowanie mocniejsza, bardziej szczera i mroczna. Porusza i uwiera – niełatwo otrząsnąć się po lekturze. Aż chciałoby się od razu mieć pod ręką kolejną część serii. Autorka stworzyła opowieść o kobiecie – wrażliwej, troskliwej, silnej i zdeterminowanej. O tym, co najmroczniejsze i tym, co najtrudniejsze – przebaczeniu innym i samemu sobie. O miłości i pożądaniu, tęsknocie, cierpieniu i traumie, przynależności, samodestrukcji i ranach, których nie jest w stanie zagoić mijający czas.

Doskonała lektura, fascynująca podróż i wyjątkowe czytelnicze doświadczenie. Jeżeli lubicie literaturę skandynawską oraz motyw rodziny i traumy (ale nie tylko!), gorąco polecam.








* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Poznańskie.


Tytuł oryginalny: Jeg dro ned til bror
Przekład: Agata Teperek
Wydawnictwo: Poznańskie
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Data wydania: 18 maja 2022
Oprawa: twarda
Liczba stron: 352
Moja ocena: 5,5/6

23.5.22

"Dom z witrażem" – Żanna Słoniowska

"Dom z witrażem" – Żanna Słoniowska

W jednym z wywiadów Żanna Słoniowska, ukraińska pisarka polskiego pochodzenia, stwierdziła, że "tożsamość nie zależy od narodowości, tylko od stosunku do ziemi, na której przyszło nam żyć". Te słowa nabierają szczególnego znaczenia w kontekście "tożsamości lwowskiej", bo Lwów ze swoją skomplikowaną historią stanowi osobliwe pogranicze, w którym mieszają się elementy różnych kultur i wyznań. Owa różnorodność od wieków oznacza nie tylko inspirujące współistnienie, ale też wiele bolesnych ran. Dla "Domu z witrażem" Żanny Słoniowskiej Lwów stał się nie tylko tłem, ale wręcz jednym z bohaterów – świadkiem indywidualnych i zbiorowych historii, świadectwem upływającego czasu, wielokulturową mozaiką. Miasto przemawia m.in. poprzez sztukę i architektoniczne detale, niejako snując między wersami swoją własną opowieść. Bohaterowie książki przemierzają lwowskie ulice, odwiedzają miejsca znane i zapomniane, odkrywają przed czytelnikiem architektoniczne sekrety takie jak tytułowy witraż w jednej z kamienic. Witraż, który jest zarówno symbolem miasta i kraju zagrożonych destabilizacją i walczących o przetrwanie, jak i łącznikiem, bo krzyżuje ze sobą ścieżki bohaterów – młodej dziewczyny i dojrzałego mężczyzny, kochanka jej zmarłej matki.

"Dom z witrażem" to literacki debiut Żanny Słoniowskiej z 2015 roku. Książka została uhonorowana Nagrodą Conrada i otrzymała nominację do Literackiej Nagrody Nike. Drugie wydanie pojawia się w szczególnym momencie, a sama książka zyskuje na aktualności. Wydawnictwo Znak postanowiło przekazać dochód z jej sprzedaży na pomoc humanitarną dla Ukrainy.

Cztery kobiece życiorysy splecione z historią Ukrainy

W jednej z lwowskich secesyjnych kamienic mieszkają cztery kobiety reprezentujące cztery pokolenia – i każda z nich inaczej określa swoją tożsamość. Prababka Stanisława to niespełniona śpiewaczka operowa z Leningradu, babka Aba czuje się Polką, jej córka Marianna mówi o sobie "Ukrainka z wyboru", a najmłodsza z nich, bezimienna narratorka, dopiero szuka sposobu, by wyrazić siebie. Każda jednak jest lwowianką. Te cztery kobiety kochają się, a czasami też nienawidzą. Dochodzi między nimi do pokoleniowych i tożsamościowych napięć. Jednak ich losy wydają się nierozerwalnie splecione nie tylko poprzez więzy krwi, ale również za sprawą Lwowa i całej Ukrainy. Żanna Słoniowska wspomina o ważnych, historycznych wydarzeniach – od czasów przedwojennych, przez antykomunistyczne protesty we Lwowie pod koniec lat 80. XX wieku, aż po Majdan 2014 roku. W "Domu z witrażem" osobiste historie bohaterów toczą się na tle ukraińskiej walki o niezależność. Autorka płynnie łączy indywidualne, intymne dramaty jedostki z szerszym narodowościowym kontekstem.

"Jesteśmy jak matrioszki, jedna siedzi w brzuchu drugiej, nie do końca wiadomo która w której, wiadomo tylko, która żyje, a która nie, jesteśmy jak matrioszki przeszyte jednym strzałem na wylot..."

W powieści Słoniowskiej życiowy realizm i proza codzienności spotykają się z nutą oniryzmu. "Dom z witrażem" jest niczym podróż w przeszłość – niespieszna, przesiąknięta nostalgią i smutkiem. Momentami przypomina chaotyczny kolaż – błądzi i bywa nierówna. Ale jednocześnie zachwyca przenikliwością kobiecych portretów, piękną prozą oraz bogactwem ciekawych motywów i istotnych kwestii. Żanna Słoniowska stworzyła opowieść o skomplikowanych losach czterech kobiet na tle wielkiej historii. Opowieść o drodze do wolności i niezależności oraz budzeniu się i dojrzewaniu ukraińskiej tożsamości narodowej. O miłości, próbie pogodzenia się ze stratą, dorastaniu, niespełnionych ambicjach i pokoleniowej traumie. O ludzkich słabościach, wielkich ideałach, trudach życia i przemijaniu. Autorka nie daje czytelnikowi gotowych odpowiedzi – świat i ludzie przedstawieni w książce nie są czarno-biali. Dzięki temu "Dom z witrażem" skłania do refleksji i pozostawia sporo miejsca na własne przemyślenia.

Lubię taką prozę – bystrą, przenikliwą, empatyczną. Czasami metaforyczną i liryczną, a czasami naturalistyczną i brutalnie szczerą. Prozę, która pozwala spojrzeć na zwykłe życie i ludzi z zupełnie innej perspektywy. Żanna Słoniowska zachwyciła mnie plastycznoscią opisów, talentem i literacką świadomością. Jej książka jest jak tytułowy witraż – składa się z wielu przeróżnych "szkiełek": wycinków rzeczywistości, urwanych życiorysów, strzępków wspomnień, małych i dużych dygresji. Z tego wielobarwnego chaosu wyłania się przejmująca, niebanalna i ambitna historia miłości, sztuki, wielokulturowości, cierpienia, siły i walki.

"Dom z witrażem" wzbudził we mnie wiele emocji i skłonił do refleksji – otulił smutkiem i melancholią. Myślę, że to bardzo udany, nieoczywisty i wyróżniający się debiut – boleśnie aktualna i ważna książka. Dla mnie – ciekawe literackie doświadczenie. Serdecznie polecam.







* Współpraca barterowa z Wydawnictwem Znak.


Data wydania: 18 maja 2022 (drugie wydanie)
Wydawnictwo: Znak
Oprawa: twarda
Liczba stron: 272
Moja ocena: 5/6

Copyright © w ogrodzie liter , Blogger