"Czy można być naprawdę sobą w miejscu, które nazywa się domem?"
Powrót do domu jest dla Cala trudny – tak trudny, że starannie planuje swój przyjazd. Bierze też tabletkę ekstazy, żeby uczynić podróż na wyspę, gdzie mieszkają jego ojciec i babcia, bardziej znośną. Studia w Edynburgu okazały się wielkim rozczarowaniem, ale powrót wydaje się jeszcze gorszy – Cal nie chce utknąć na zawsze w tym zapomnianym przez Boga miejscu, gdzieś na krańcu świata. Smagane wiatrem, skaliste Falabay to codzienny trud, mała społeczność, tradycja i religijność. To bycie Johnem-Calumem Macleodem, synem Johna – oczekiwania, uwięzienie i wieczna stagnacja.
Lubię Douglasa Stuarta za autentyczność i surowy realizm splecione z empatią i zrozumieniem. Jego nowa powieść ma w sobie jeszcze więcej czułości i intymności – sekrety, samotność, wyobcowanie, narzucona tożsamość i skomplikowane relacje rodzinne ranią bardziej niż przemoc, bieda i uzależnienia. Tym razem Douglas Stuart porzuca robotnicze dzielnice szkockiego Glasgow na rzecz fikcyjnej wyspy w archipelagu Hebrydów – i ta wietrzna, nieprzyjazna sceneria doskonale współgra ze zmaganiami bohaterów, ich izolacją i osamotnieniem. Johna i Caluma dzieli wiele – rodzinna trauma, sekrety, oczekiwania i sposób patrzenia na świat. Dominujący, religijny i surowy ojciec chce mieć syna przy sobie w gospodarstwie. Narastające napięcie i latami skrywana prawda mogą oddalić ich od siebie jeszcze bardziej albo wręcz przeciwnie – dać szansę na zrozumienie i nowy początek. Douglas Stuart pisze o rodzinnych więziach, przyjaźni, tożsamości, uprzedzeniach, klasach społecznych, męskości i seksualności. O queerowych mężczyznach skazanych na miłość, tęsknotę i cierpienie w milczeniu i wstydzie. Pokazuje, jak wiele sprzeczności w sobie nosimy i jak niszczące potrafi być wyrzekanie się samego siebie (opisy życia w małej, wyspiarskiej społeczności lat 90. XX wieku, z jej pobożnością i konserwatyzmem, nadają historii duszny i klaustrofobiczny klimat). Losy bohaterów splatają się ze sobą w zawiły i ujmująco niedoskonały sposób – autor stworzył złożone studium rodziny i zniuansowane portrety – ludzi, którzy noszą w sobie pęknięcia. Postaci ożywają – i nie miałam ochoty się z nimi rozstawać. Czuć wyraźnie ich wątpliwości, napięcia i wewnętrzne rozdarcie – a w prozie Douglasa Stuarta, oprócz surowego realizmu, łagodność i cierpliwość.
Dojrzała, cicha i kameralna opowieść o odejściach i powrotach, trudnych wyborach, ciężarze oczekiwań oraz miłości, wstydzie i niewypowiedzianych tęsknotach. O przynależności oraz miejscach i relacjach, które nas kształtują. O długiej, niełatwej drodze do prawdy, samego siebie i drugiego człowieka. Zostać czy odejść? Walczyć czy się poddać? Kim naprawdę jestem? Powieść o zapachu morza, torfu i owiec – pod hebrydzkim niebem równie niespokojnym jak ludzkie serca. I piękna proza. Moja ulubiona książka Douglasa Stuarta.
• współpraca barterowa • Wydawnictwo Poznańskie •
Tytuł oryginalny: John of John
Przekład: Maciej Studencki
Wydawnictwo: Poznańskie
Data wydania: 23 września 2026
Oprawa: twarda
Liczba stron: 512
Moja ocena: 5,5/6







